W miniony piątek na „Arenie Orłów”, czyli nowym stadionie Piasta zasiadło 5300 widzów. Gdyby tylu kibiców pojawiło się na starym Okrzei, byłby to świetny wynik, jednak ten najnowocześniejszy, piłkarski obiekt na Śląsku może pomieścić 10 000 fanów. Trybuny zapełniły się więc w 50%. Czy to będzie już stała frekwencja, czy też tylko przejściowe zjawisko? Jeśli to pierwsze, to klub może mieć problem.
W drugim półroczu zeszłego roku Piast S.A. otrzymał od miasta dotację w wysokości 3,7 mln zł, a więc całkiem pokaźną kwotę. Tymczasem już w grudniu zabrakło na wypłaty dla zawodników. Jarosław Kołodziejczyk, wiceprezes Piasta przyznał w wywiadzie dla Dziennika „Sport”, że poślizg był, ale przewidziany i kontrolowany. W tej samej rozmowie zdradził, że w styczniu klub musiał zwrócić miastu prawie milion złotych z tej dotacji. Niewtajemniczony pomyślałby gdzie tu sens i logika, skoro nie mają kasy, a zwracają. Sprawa jednak jest prosta do wytłumaczenia. Aby móc wykorzystać dotacje na ogólnie pojęte cele sportowe, trzeba mieć 20% wkładu własnego, czyli pozyskać te pieniądze. Bez stadionu i dużych sponsorów szans na to nie było, więc trzeba było oddać kasę. W tym roku Piast otrzymał 5,5 mln. Tym samym musi nazbierać około 1,2 mln wpływów własnych, a głównego, tytularnego, czy jak go zwał sponsora wciąż nie ma. W tej sytuacji głównym źródłem przychodów dla klubu są wpływy za karnety i bilety. Gdyby obiekt zapełniał się w 75%, wpływy przekroczyłyby milion zł. Jeśli jednak utrzyma się frekwencja z meczu z Wartą, będzie z tym problem
Trudno w tym momencie nie zastanowić się, dlaczego frekwencja tak mocno spadła. Piast przecież jest w czubie tabeli, ma realne szanse na awans. Nowy stadion zapewnia komfortowe warunki do oglądania. Pierwszy mecz po czteromiesięcznej przerwie, atrakcyjny przeciwnik i nie tylko ze względu na Panią prezes.
Pierwszy wyraźny sygnał, że coś jest nie tak napłynął już przy sprzedaży karnetów. Rozeszło się ich troszkę ponad tysiąc, a w klubie zakładano, że wariant pesymistyczny, to trzy tysiące rozprowadzonych stałych wejściówek. W opinii kibiców najczęstszym tłumaczeniem tego stanu rzeczy jest brak odpowiedniej promocji i reklamy meczów oraz niekorzystny terminarz (mecze w piątki i środy).
Piątkowe terminy wymyślił klub, choć wiadomo, ze to dzień roboczy, a część kibiców pracuje na zmiany. W jednym z wpisów na facebooku czytamy, że prezesi wymyślili mecze Piasta dla…prezesów, którzy na zmiany nie chodzą. Ale gdyby spotkania były w soboty, też pewnie znaleźliby się tacy, co by narzekali, że w sobotę to oni wyjeżdżają, albo robią porządki lub grilują na działce.
W samym klubie mówiono też o przesycie piłką nożną w wykonaniu Piasta w tym sensie, że gliwiczanie aż 12 spotkań rozegrają u siebie. Trochę to brzmi zabawnie już na samym początku rozgrywek. Kolejne tłumaczenie to fakt podpisania umowy na transmisje z Orange Sport, tyle, że telewizja ta nie puściła na żywo meczu z Wartą, więc konkurencji w tym akurat dniu nie było.
Problem wydaje się być głębszy i zaczyna się jeszcze w sierpniu zeszłego roku. Mniej więcej do połowy tego miesiąca , kiedy kończyła się budowa nowego stadionu w mediach często gościł w sensie pozytywnym fakt budowy tego obiektu. Potem jednak pojawiły się kłopoty z monitoringiem i systemem identyfikacji kibiców. Słuch o stadionie zaginął do momentu otwartych dni, gdzie to przez obiekt przewinęło się 20 tys. gliwiczan. Na pierwszym meczu pojawił się prawie komplet widzów. Na drugim i trzecim też frekwencja dopisała, choć w przypadku pojedynku z Polonią Bytom przybyło aż 1000 kibiców drużyny gości.
Wszystko było więc niby w porządku, ale. Po tych trzech meczach można jednak było przypuszczać, że mogą być problemy z zapełnieniem stadionu, dlaczego? Jak nie trudno się domyśleć, wśród tych, co zasiedli na trybunach znacząca część po raz pierwszy oglądała piłkarski pojedynek na żywo. Zobaczyli ciekawe, emocjonujące dramatyczne widowisko sportowe, ale tak naprawdę nic więcej. Kilka stoisk z kiełbaskami, brak punktów w których można by kupić pamiątki, to podstawowe grzechy.
Największy problem widzę w architekturze stadionu. W środku wszystko jest tak jak należy, ale kibic tak naprawdę może tylko usiąść na krzesełku i oglądać mecz. Ponad dwie godziny spędza więc w „więzieniu”. Na samym stadionie i wokół niego nie przewidziano żadnej dodatkowej infrastruktury w postaci choćby stołów, parasoli, krzesełek, stoisk z gastronomią, tam, gdzie kibic przed, w przerwie czy po meczu mógłby przysiąść ze znajomymi, wypić piwo, napój, pogadać, a nawet, gdyby się pojawiały takowe, to i tak w trakcie meczu z szeroko pojętych względów bezpieczeństwa nie można wyjść poza obiekt. Stadionowa restauracja dostępna jest tylko dla Vipów. Na nowoczesnych obiektach i nie tylko jest tak, że weryfikacja i kontrola kibica odbywa się wcześniej. Na sektor wchodzi się i wychodzi okazując wejściówkę. Steward sprawdza tylko, czy kibic ma bilet na dane miejsce.
Taki stan rzeczy ogranicza mocno działania marketingowe i wydaje się, że na ten moment sytuacja jest bez wyjścia, bo aby ożywić teren wokół stadionu, tzw bramoforty trzeba by umieścić już przy bramach, a to mocno ograniczyłoby przepustowość
Możliwe jednak, że rację mają ci, co mówią, że najmocniejszym magnesem dla kibiców jest wynik. Piast wygrał ostatni mecz 3:0. Rywale z góry tabeli przegrali. W myśl więc tej zasady, frekwencja w trakcie spotkania z Polkowicami powinna wzrosnąć o 15-20%. Jeśli tak się stanie, trzeba będzie im przyznać rację, jeśli nie będzie problem.
Ja jednak mimo wszystko zachęcam i to gorąco do przybycia na stadion, bo mimo wszystko naprawdę warto na żywo oglądać mecze Piasta, a nie skróty w telewizji czy Internecie.
Grzegorz Muzia






















