Akademia pana Jarka

W miniona sobotę w katowickim Sporcie ukazał się całostronnicowy artykuł o pilkarskiej szkólce Jarka Kaszowskiego. Dzięki uprzejmości autora Kamila Kwaśniewskiego oraz fotografa Wojtka Karpińskiego prezentujemy tekst w całości oraz obszerną fotorelację.     – Nie będzie tak, że przyjdę, powiem dzieciakom „patrzcie, ile mam meczów w Piaście” i będę miał u nich autorytet. U nich muszę budować go sobie od zera – mówi Jarosław Kaszowski, którego odwiedziliśmy podczas zajęć jego piłkarskiej szkółki

W hali sportowej przy ulicy Okrzei zjawiamy się kilka minut po 16.00, o tej godzinie rozpoczynają się zajęcia. Nasz lekki czasowy poślizg oznacza, że trochę już nas ominęło, bo mimo, że trening w Akademii Jarosława Kaszowskiego, to zawsze gromadka dzieci trudna do okiełznania, o żadnych spóźnieniach nie ma mowy. Tym razem jest też nieco trudniej, bo z dziewiętnaściorgiem dzieci Jarosław Kaszowski i Wojciech Gontarewicz muszą sobie radzić bez Pawła Zajączkowskiego, ale od czego są rodzice…

Widać gołym okiem

Zwłaszcza, że stanowią oni… większość. Gołym okiem widać, że dopingowanie swoich pociech sprawia im po prostu frajdę, chyba nikt z nich nie przyszedł tu swojego dziecka pilnować. – Nie mam żadnych obaw, by powierzyć synka pod opiekę pana Jarka. On ma bardzo dobre podejście do dzieci. Nic dziwnego, sam jest przecież ojcem dwójki – zauważa Robert Niedziela, ojciec pięciolatka, najmłodszego z uczestników zabawy. O najstarszego nie trzeba z kolei nawet wypytywać, bo sam szybko rzuca się w oczy – spośród młodego towarzystwa jest zdecydowanie najwyższy, a poza tym wyróżnia się koszulką Piasta z „dziesiątką” na plecach. Nie może być inaczej, bo to pociecha Grzegorza Muzii, byłego wieloletniego rzecznika gliwickiego klubu. – Syn ma dziesięć lat, więc różnica wieku w porównaniu z częścią dzieci jest spora, ale to zupełnie mu nie przeszkadza, przychodzi tu bardzo chętnie – wyjaśnia nam Muzia.

Dodatkowy instruktaż

Tymczasem na parkiecie Kaszowski i Gontarewicz udowadniają, ile ćwiczeń można wykonać przy pomocy piłki. Kozłowanie, podrzucanie, przekładanie pod nogami… Zwłaszcza z tym ostatnim kilka maluchów ma problemy, ale dodatkowy instruktaż od trenerów załatwia sprawę. Kiedy natomiast dzieci zostają podzielone na trzy rywalizujące się ze sobą grupy, panuje już dowolność w interpretacji poleceń. Wiadomo tyle, że pierwszy ze startujących ma dobiec z piłką na środek hali, ale wrócić już z pustymi rękoma, by kolega z zespołu mógł po nią pobiec. I tak, jedno dziecko wyrzuca piłkę przed siebie, drugie stawia obok pachołka, trzecie zaś umieszcza ją na nim. Emocji przy tym jest co nie miara i – rzecz najważniejsza – przynajmniej tyle samo śmiechu. – O to właśnie chodzi! Tu nie ma żadnego rygoru – zauważa Niedziela. Choć akurat przy serii rzutów karnych, jaka kończy zajęcia, ta samodyscyplina dzieciaków jest już większa. Skuteczność też niczego sobie, bo nawet kiedy bramkarz piłkę odbije, gol pada – chłopiec uparcie stoi bowiem nie przed bramką, a w niej. Co nie zmienia faktu, że i on, i strzelający zawsze mogą liczyć na pochwałę od opiekunów, a jak dobrze pójdzie, to i nawet przybić z nimi „piątkę”.

Zabawa i nauka

Dzisiaj były wyjątkowo grzeczne – śmieje się „Kasza”, który wyraźnie złapał bakcyla do szkolenia najmłodszych. – Obawiałem się na przykład o to, jak spamiętam tyle imion, ale daję radę. W ogóle ten nasz początek jest obiecujący. Paweł i Wojtek zawsze urozmaicają zajęcia, wyobraźni naprawdę im nie brakuje. Dzięki temu na każdym spotkaniu robimy co innego – opowiada piłkarz radzionkowskiego Ruchu. A że dobre wieści szybko się rozchodzą, liczba podopiecznych byłych zawodników Piasta stale rośnie. Dość powiedzieć, że na początku było ich dziesięcioro. – Nie ma tygodnia, żeby ktoś się nie zapisał – Kaszowski jasno daje do zrozumienia, że dwa treningi w tygodniu (w poniedziałki dzieci zbierają się w hali przy ul. Elsnera), to już za chwilę może być za mało. Sęk w tym, że o wynajem takich obiektów w Gliwicach niełatwo. – Dlatego jednym z moich celów na 2012 rok jest podwojenie liczby hal, w którym organizujemy zajęcia. Poza tym chciałbym zabrać wszystkie dzieciaki na mecz ekstraklasy czy organizować im spotkania z dietetykiem. Nie chodzi mi oczywiście o jakieś definicje, które by ich zanudziły, ale połączenie zabawy z nauką – wyjaśnia ikona gliwickiego I-ligowca.

Cały czas się uczy

Dla dzieci zaś raczej tylko „pan Jarek”. – Czy wiedzą, że Kaszowski grał tyle lat w Piaście? Jeśli nawet, to dzięki rodzicom. Tylko że to, gdzie i jak długo występowałem, nie ma żadnego znaczenia. Nie będzie przecież tak, że przyjdę, powiem dzieciakom „patrzcie, ile ja mam meczów w Piaście” i będę miał u nich autorytet. U nich muszę budować go sobie od zera. Owszem, mam dwie córki – jedna ma sześć lat, druga dwa – więc wiem, jak powinno się podchodzić do dzieci, ale i tak cały czas się tego uczę.

Kamil Kwaśniewski

Głos mają panie…

Magdalena Stokłosa: – Bardzo się cieszę, że mój 5,5-letni Jaś może uczestniczyć w zajęciach pana Jarka. Sposób, w jaki są prowadzone, jest umiejętnie dostosowany do wieku dzieci, dzięki czemu szybko nawiązują one kontakt zarówno z trenerami, jak i rówieśnikami. Jaś żałuje tylko, że zajęcia są tak rzadko.

Joanna Piekarska: –  Mój 5-letni Krzyś w zajęciach bierze udział od samego początku, czyli od listopada minionego roku. Bardzo mu się podoba, a i ja jestem zadowolona, bo syn znajduje się pod opiekę trenerów, którymi kieruje miłość do piłki. Życzyłabym sobie, żeby w przyszłości Krzyś trafiał tylko na takich nauczycieli, jakimi są panowie Jarek, Wojtek i Paweł.

ZOBACZ ZDJĘCIA

Fot. Wojciech Karpiński
ttp://wojtekkarpinski.pl

 

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze