Kamil Wilczek po trzech latach gry w Lubinie, wrócił do Gliwic, gdzie tak naprawdę zaczęła się jego przygoda z profesjonalną piłką. Niedawno jeszcze, pochodzący z Wodzisławia gracz powiedział, że czas spędzony w Zagłębiu nie był dla jego kariery najlepszy. Grywał mało, a jednym z tych trenerów, którzy nie widzieli go w składzie był Pavel Hapal. Po niedzielnym starciu, można powiedzieć, że szkoleniowiec Zagłębia zrobił kosmiczną wręcz pomyłkę.
Wilczek, który akurat w tym meczu dostał szansę gry od pierwszej minuty, pokazał jak może być cennym zawodnikiem, jeśli mu się zaufa. Wilczek chce jednak już jak najszybciej zapomnieć o występach w Lubinie, bo otwiera nową kartę w swojej karierze – Dla mnie ten temat jest skończony. Co było w Lubinie to już nieważne. Teraz liczy się, że gram dla Piasta i że dziś pomogłem drużynie w wygranej – ucina temat nowy (stary) pomocnik Piasta.
Trudno jednak tak do końca uciec od tematu. Zawsze przecież gdzieś tam pozostaje odrobina chociaż żalu do byłego trenera, że ten nie dawał mu szansy, a takie właśnie spotkania, jak ten niedzielny, są najlepszą okazją, by potwierdzić były szef się pomylił – Nie podchodziłem tak do tego spotkania. Przygotowywałem się do tego meczu, jak do każdego innego. Nie patrzyłem że to Zagłębie Lubin. Po prostu chciałem wypaść jak najlepiej – mówi Wilczek.
Może i tej rozmowy by nie było, gdyby nie przepiękna bramka, którą Wilczek zdobył w 80 minucie tego sp
otkania. Jego strzał zza linii pola karnego z pierwszej piłki był nieprzeciętnej urody, ale co najważniejsze piłka wpadła do siatki. – Kiedyś podobną bramkę zdobyłem będąc jeszcze zawodnikiem Zagłębia, ale ten gol chyba był ładniejszy – uśmiecha się zawodnik.
Takie uderzenia wychodzą wtedy, gdy ma się odpowiednie umiejętności i predyspozycje, lub po prostu ma się szczęście. Bohater tej akcji twierdzi jednak, że to był mierzony strzał. – Cały czas obserwowałem piłkę i uderzyłem tak gdzie chciałem. Udało się fajnie trafić – zdradza Wilczek.
Dla piłkarza oznaczonego nr 10, występ w roli napastnik najbardziej wysuniętego na szpicy to coś nowego, ale niespodzianka to dla Wilczka nie była – Wiedziałem już znacznie wcześniej, że mogę zagrać na tej pozycji. Mogłem się spokojnie do tego przygotować.
Marcin Brosz nieco z konieczności wystawił tego piłkarza na szpicy. Marcin Robak był mocno zmęczony grami w europejskich pucharach. Kędziora wciąż dochodzi do pełni sił, a Docekal nie popisał się, delikatnie mówiąć w spotkaniu z Karabachem. Szkoleniowiec Piasta musiał więc szukać nowego rozwiązania – Trener ma własną koncepcję. Obojętnie gdzie mnie wystawi, będę starał się pokazać max swoich umiejętności. Dla mnie najważniejsze jest zwycięstwo w każdym kolejnym meczu i żeby skończyć sezon w górnej części tabeli
Wygrana Piasta w tym spotkaniu długo jednak wisiał na włosku. Gole, które dały trzy punkty drużynie z Okrzei padły, gdy mecz ten dobiegał końca. – Najważniejsze jest to, że potrafimy wygrywać, nawet jeśli pierwsi tracimy gola. Graliśmy do końca i czuliśmy, że możemy zgarnąć pełną pulę. Tak też się stało – podsumowuje to spotkanie Kamil Wilczek
Opracowanie: Łukasz Domagała





















