Gerard Badia w rundzie jesiennej był głównie rezerwowym. Gdy jednak pojawiał się na murawie drużyna Piasta wrzucała szósty bieg. W Warszawie strzelił kto wie, czy nie najważniejszego gola w rundzie, bo bramka ta pozwoliła zachować pięciopunktową przewagę nad Legią. W rozmowie z tygodnikiem Nowiny Gliwickie – Czarodziej piłki rodem z Katalonii opowiada o początkach swojej przygody z futbolem, rodzinnie, ulubionych potrawach i nie tylko.
– Urodziłeś się Katalonii i tam jest twój dom rodzinny. Bardziej czujesz się Katalończykiem czy Hiszpanem?
– Trudne pytanie. Przede wszystkim jestem Hiszpanem, ale urodziłem się w Katalonii i jest ona dla mnie równie ważna. Nie jestem jednak zwolennikiem autonomii dla tego regionu, skądinąd bardzo bogatego.
– Tęsknisz za Hiszpanią, za Katalonią?
– O tak! Szczególnie, że tam, gdzie mieszkam, jest naprawdę pięknie. Miasteczko Horta de Sant Joan, skąd pochodzę, ma malownicze położenie. Okolice otoczone górami, w sąsiedztwie park narodowy. Spływające po zboczach górskich potoki. Zimą śnieg. Polecam tym, którzy tam jeszcze nie byli. Cudna i czysta kraina.
– Określenie „Gerard Badia – góral z Katalonii” nie będzie więc nadużyciem?
– Coś w tym jest (śmiech). Górale mają twarde charaktery, nigdy się nie poddają i ja też chyba taki jestem.
– Powiedz coś o swoim domu rodzinnym, o bliskich; mamie, tacie, rodzeństwie.
Mój dom rodzinny jest wielopokoleniowy. Razem z rodzicami mieszkają dziadkowie ze strony mamy i wujek. Mama ma na imię Reys i jest fryzjerką. Tato Secundino jest budowlańcem. Niestety, w Hiszpanii szaleje kryzys i nie ma teraz dla niego pracy. Już dwa lata spędził na bezrobociu, ale jest szansa, że może coś znajdzie. Mam młodszego od siebie, 20-letniego brata Salvadora, który studiuje gastronomię.
– Ooo, proszę. A jak twój talent kulinarny?
Nie najgorzej. Uwielbiam jeść! (śmiech). Szczególnie smakują mi polskie zupy: żurek, rosół, pomidorowa, barszcz. Pycha! A co do gotowania, to moją kulinarną wizytówkę stanowi hiszpańska tortilla z ziemniaków, cebuli, jajek i oliwy. Palce lizać! Na co dzień gotuje jednak moja żona Gemma, która razem ze mną mieszka w Gliwicach. Jemy bardzo zdrowo, choć czasem popełniamy małe grzeszki i na przykład przy szczególnej okazji zamawiamy pizzę, burgery albo sushi.
– Pomówmy o piłce. Jak Gerard Badía został piłkarzem?
Mój tato miał zadatki na niezłego zawodnika, ale przeszkodziła mu kontuzja. Chyba tę miłość do futbolu odziedziczyłem po nim. Po szkole graliśmy w piłkę na okrągło. Pierwsze treningi miałem w hali. Poszedłem kiedyś z kolegą na turniej. Zobaczył mnie tam trener i zapytał: mały, nie chciałbyś zagrać? Odpowiedziałem: oczywiście. Nie miałem jednak zapasowej koszulki. Mało nóg nie połamałem, tak pędziłem po nią do domu (śmiech). Debiutując, strzeliłem nawet gola. Tak się zaczęło. Przez trzy lata, do 10. roku życia, trenowałem wyłącznie w hali. Potem dopiero na murawie.
– Co zdecydowało, że zostałeś zawodowym piłkarzem?
Pewnie mój góralski charakter! Upór, poświęcenie, pracowitość. No i radość z gry. Mówią, że ważny jest też talent. I coś w tym jest, bo tenis stołowy uwielbiam, gram, ale co z tego, i tak ciągle przegrywam (śmiech).
– Niewiele brakowało, a twoja kariera ległaby w gruzach.
Tak, grając w Realu Murcia B, nabawiłem się poważnej kontuzji. Za sprawą pewnego obrońcy miałem kompletnie rozbite kolano. Niestety, klub zostawił mnie bez pomocy, sam musiałem płacić za operację, za rehabilitację. Zaparłem się jednak i powiedziałem, że wrócę do futbolu. Udało się. Miałem szczęście, że w szpitalu w Barcelonie trafiłem na znakomitego lekarza. Taka ciekawostka: w tym samym czasie leczył on Cesca Fabregasa i Fernando Torresa. Wróciłem na boisko po 8 miesiącach, w 2010 roku, ale już nie do Murcii, tylko do trzecioligowej Gualadajary. Tam grałem kilka miesięcy i przeniosłem się na trzy lata do trzecioligowego SD Noja.
– Stamtąd przeszedłeś do Piasta?
Tak. W klubie były problemy finansowe i musiałem szukać nowego pracodawcy. Do Polski trafiłem przez przypadek. Mój kolega miał jakiś kontakt i zapytał, czy byłbym zainteresowany występami w polskiej ekstraklasie. Do wyboru miałem Piasta i Podbeskidzie. Wybrałem Gliwice i nie żałuję. Na treningach Piasta pojawiłem się zresztą w Hiszpanii, kiedy klub był na obozie w Alicante.
– W Polsce wiele miesięcy byłeś sam, zostawiłeś w Hiszpanii żonę.
To były trudne chwile. Tęsknota, łzy. Gemma nie mogła, z uwagi na pracę, przenieść się do Polski na stałe. Ale wspierała mnie, jak umiała, przylatywała raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc. Kiedy urodziła się nasza córeczka Valeria, przyjechały do Polski i jesteśmy już razem. Jest mi naprawdę dobrze i mogę skupić się wyłącznie na piłce.
– Jak poznałeś Gemmę?
Pomógł Facebook. Poznałem ją, gdy miałem 18 lat. Ona jest starsza ode mnie o 9 lat. Byliśmy na dyskotece. Chwilę pogadaliśmy. Pomyślałem, fajna dziewczyna, ale na tym się skończyło. Minęło kilka lat, grałem Guadalajarze i kiedyś na Facebooku zobaczyłem jej zdjęcie. Zalajkowałem, Gemma odpisała i tak się zaczęło. Mieszkała wtedy blisko mnie, odwiedziłem ją i dziś jesteśmy małżeństwem (śmiech).
– W Polsce grasz już ponad rok. Jakie wrażenia?
Podoba mi się cała otoczka związana z meczami. Stadiony, zainteresowanie kibiców, pełen profesjonalizm w klubach, atmosfera, doping. W Hiszpanii mogłem tylko o tym pomarzyć. W polskiej ekstraklasie gra mi się dużo lepiej. Tutaj odżyłem piłkarsko. Uważam, że polska liga jest na dobrym europejskim poziomie.
– Jesteś jednym z ulubieńców kibiców przy Okrzei. Dlaczego?
Nie wiem, trzeba by ich o to zapytać (śmiech). Oni, swoim dopingiem, dodają mi niesłychanej energii. A kiedy słyszę, jak skandują moje imię i nazwisko, dostaję po prostu skrzydeł. Na co dzień staram się być normalny, nie wynoszę się, nie gwiazdorzę, może fani to doceniają. Taki mam charakter. Cieszy mnie, jak ludzie mnie zaczepiają na ulicy, pozdrawiają, proszą o autograf czy wspólne zdjęcie. Nigdy nie odmawiam.
– Myślę że sympatię wielu fanów zdobyłeś tym słynnym gestem po październikowym meczu z Wisłą.
Za tym stała moja Gemma. Zobaczyła po meczu zdjęcie, na którym mały chłopczyk w błagalnym geście prosił mnie o koszulkę. Zapytała, czy mu ją dałem. Odpowiedziałem, że nie. Dostałem burę i nakaz, że mam tego chłopca odnaleźć. Co miałem zrobić (śmiech). Poszedłem po pomoc do klubu. Chłopaki z marketingu pomogli, no i się zrehabilitowałem. Oskara odnaleźliśmy, dostał koszulkę i nie tylko. Superchłopak!
– W meczu z Legią wszedłeś z ławki rezerwowych i dałeś drużynie punkt.
Tak a propos, był to mój pierwszy gol w karierze zdobyty głową! To, że akurat ja trafiłem, nie miało jednak znaczenia, bo liczy się drużyna. Pozycję lidera mamy nie bez przyczyny. W szatni jest świetna atmosfera. Nie ma antagonizmów: bo ten gra, a ten jest rezerwowym. Ci, którzy wchodzą na boisko, dają z siebie 200 procent.
– Kto, twoim zdaniem, jest najlepszym piłkarzem polskiej ligi?
W mojej opinii Radek Murawski. Mimo młodego wieku jest już bardzo dobry i na pewno jeszcze o nim nie raz wiele dobrego usłyszymy.
– Jakiemu zespołowi kibicujesz?
Jako Katalończyk dobrze życzę Barcelonie. Drużyną, która w moim sercu ma stałe miejsce, jest Horta, z mojej rodzinnej miejscowości.
– Co robisz w przerwie między treningami a meczami?
Mieszkamy koło gliwickiego Rynku, uwielbiamy spacery po starym mieście, na plac Mickiewicza. Kiedy jest cieplej, jeździmy po Gliwicach rowerami. Często można nas spotkać na Jasnej. Tam jest mały basen i uczymy Valerię pływać. Bardzo lubimy też zakupy na ryneczku warzywnym pod Murami i panującą tam, rodzinną niemal atmosferę. No i zwiedzanie. Byliśmy już w Krakowie, Warszawie, Gdańsku. I we Wrocławiu, który mi się bardzo podoba.
Przerwę świąteczną Gerard Badia spędził w Hiszpanii razem z rodziną. W czwartek zamelduje się na pierwszym treningu, by rozpocząć przygotowania do chyba najważniejszej dla niego i Piasta rundy w której być może (oby) gliwicki klub sięgnie po pierwsze w historii mistrzostwo Polski.
źródło: Nowiny Gliwickie






















Fajnie, że taki człowiek jak Gerard gra w Piaście
To jest już nasz człowiek. Charakter oddanie klubowi.Nie jak Wilczek o którym media piszą ze może trafić do Piasta.Placze biedak ze nie gra i nie wie dlaczego. Bo nie ma charakteru panie Wilczek.
O tym co sądzę o sprzedajnym Wilczku czy Matrasie już niejednokrotnie pisałem. Wydaje mi się, że nie wypada porównywać ich z Badią
Ale moze dobrze się stało, że Wilczek i inni odeszli. Mamy Marina Nespora, któremu Wilczek moze sznurówki wiązać. Mamy zajebisty zespół. Mamy Kamila Vacka, Radek Murawski odżył. Wszyscy dają serce w każdym meczu i to sie czuje. Pan trener Latal zrobił Zespół. Celowo napisałem przez duże „Z”. Piast o jakim marzyłem od lat 🙂
z tym że Wilczek może Nesporowi buty wiązać to Cię troszkę poniosło
nie da się ukryć, że odejście gwiazd typu Wilczek czy Vasilljev dobrze podziałało na kolektyw, mamy super chłopków w drużynie, którzy nie gwiazdorzą a grają, lubią się a kibice lubią ich! Oczywiście trener i jego pomysł na drużynę ma swoje ogromne znaczenie. Ach nie mogę się doczekać wznowienia rozgrywek.
Pamiętam jak wujek opowiadał mi o Piaście z lat 70′ i 80′ który grał piękną piłkę i nie dawał szans rywalom. Ja zacząłem chodzić na Piasta w 1983 roku, ale po tym sezonie też będę miał o czym opowiadać dzieciom i wnukom. Niesamowite akcje i bramki. Zwycięstwa i piękne mecze z całą ligową czołówką. Panowie piłkarze- tworzycie wspaniałą historię naszego klubu i pięknego miasta. DZIĘKUJEMY za te wspaniałe chwilę i prosimy o jeszcze.
W latach 70-tych i 80-tych nie było tak słodko jak piszesz. Wprawdzie parę razy drużyna była blisko awansu do I ligii, ale też byliśmy też blisko spadku z II ligii. Tak naprawdę to satysfakcję mieliśmy tylko z dwóch przegranych finałów PP. Wtedy drużyna naprawdę szła jak burza. Ale jak miało być dobrze skoro traciliśmy tak ważnych piłkarzy jak Biernacki, Kopicera. Wasilewski. Buncol, Majka, a nie mieliśmy trenera formatu Pana Latala.
Mnie Badia imponuje jedną rzeczą – jest rezerwowym, tylko rezerwowym. Choć jest świetnym piłkarzem! I nie stroi fochów, nie marudzi, nie obraża się na trenera. Tylko robi swoje. Wychodzi na boisko i zapier.dala aż miło. Efekt – najlepszy dżoker jakiego pamiętam w Piaście. Genialne podania, genialne strzały które decydują o wyniku. Brawo Gerard.
Nie znam osobiście Gerarda, ale sprawia wrażenie bardzo „pozytywnego” gościa, naprawdę da się lubić. To co napisałeś na początku, to po prostu POKORA – jedna z najważniejszych cech, jakie powinien mieć każdy człowiek. Gdy jej brakuje, a jest np. „gwiazdorzenie” często zaczynają się kłopoty.
Powodzenia Gerard, życzę zdrowia Tobie i całej Twojej Rodzinie.
Pozdrowienia dla kibiców mistrza – na razie jesieni ;-).
Lepiej by brzmiało że gra „prawie dwa lata” a nie „ponad rok”. Zadebiutował 17.02.2014 z Wisłą (tak wiem że to wywiad z NG)
Jakieś plotki wyczytałem że Nicolić ma iść do Sheffield Wed, pewnie to tylko kaczka dziennikarska ale gdyby go stracili(w co nie wierzę), to ich siła ognia straciłaby ok 50% wartości.
A z realnych rzeczy ponoć do Ległej przychodzi Szwajcar Witter z FC Thun i co najzabawniejsze wielce prawdopodobne jest przyjście Hamalainena.
Jestem ciekaw co u nas, jak macie jakieś newsy to podeślijcie info tym co daleko poza krajem 🙂 .