Gdy w składzie Piasta znajduje się Damian Zbozien, to gliwiczanie wygrywają mecze, gdy go zabrakło, Piast przegrywał. Pochodzący z Łącka góral nie tylko jednak jest ważnym ogniwem w defensywie Piasta, ale i ma niesamowity charakter. Mimo dość poważnego urazu, tak bardzo chciał zagrać i pomóc kolegom, że za własne pieniądze kupił specjalny kask, dzięki któremu mógł wystąpić. Do końca jednak nie było wiadomo czy nawet to okrycie zabezpieczające głowę, pozwoli mu zagrać przeciwko Śląskowi.
– Szczerze powiem, że jak czytałem artykuły przed tym meczem, to sam zacząłem się stresować. Gdzieś tam w głowie zaczęły się kłębić negatywne myśli. Prasa zaczęła w pewnym sensie wywierać presję na trenerach. Balem się, że zmienią zdanie. Ja natomiast nie odczuwam żadnych dolegliwości. Chciałem zagrać na własną prośbę. Cieszę się, że trenerzy się w końcu zgodzili. Kupiłem ten kask, może nie grałem super, ale strzeliłem bramkę i z tego się cieszę – powiedział tuż po końcowym gwizdku Zbozień.
Wypożyczony z Legii Warszawa zawodnik wydaje się być jakby nie z tego, piłkarskiego świata. Przy takim urazie
pewnie 90 procent zawodników ze spokojem przyjęłoby do wiadomości, że nie może grać i na tym by poprzestali, ale nie Zbozień. Obrońca Piasta wziął sprawy w swoje ręce, wyszukał w internecie specjalny kask, nabył go za własne środki i niczym najlepszy żołnierz stawił się w gotowości do gry – Kupiłem te kas za własne pieniądze, bo w siebie trzeba inwestować, a i bardzo mi zależało na tym, aby zagrać, a bez niego w ogóle nie było to realne. Trenerzy powiedzieli mi, że dla mnie jest to koniec rundy. Ja się nie chciałem z tym pogodzić, zacząłem się kłócić, jak koniec rundy, skoro ta pierwsza diagnoza mówiła o trzech tygodniach przerwy, a więc co najmniej w dwóch meczach jeszcze mógłby zagrać. Trener wciąż miał wątpliwości, więc wymyśliłem sobie ten kask, kupiłem go przez internet. Nie był to duży koszt, nie chciałem więc zawracać klubowi głowy, bo uznałem, że nie ma takiej potrzeby, a dzięki temu mogłem wystąpić – wyjaśnia Zbozień
Sportowo Piast ten mecz zaczął źle. W 29 min ten, którego się obawiano, czyli Sebastian Mila zdobył dla Śląska bramkę. Po tym wkradło się zwątpienie, że na boisku Mistrza Polski będzie można uzyskać dobry wynik, stało się jednak odwrotnie – Myślę, że strata tego gola jeszcze bardziej nas rozwścieczyła, bo wyszliśmy na ten mecz bardzo skoncentrowani i naładowani. Po tych czterech porażkach nie patrzyliśmy z kim gramy, chcieliśmy za wszelka cenę, obojętnie w jakim stylu, wywalczyć choćby punkt, bo remis też byłby dla nas dobry rezultatem, a tymczasem udało nam się zdobyć aż trzy bramki, wygraliśmy z czego się bardzo cieszymy – wyjaśnia pochodzący z Łącka piłkarz.
Zawodnicy Piasta na przerwę schodzili z przewagą jednej bramki, wynik więc był taki sam jak w Warszawie. Śląsk nie miał jednak argumentów, by powtórzyć wyczyn Legii, która zdołała z nawiązką odrobić straty z pierwszych 45 minut – W Warszawie nie byłem, więc nie wiem, co działo się w szatni, ale dziś w przerwie było bardzo gorąco. Każdy się motywował, każdy krzyczał. Cały czas powtarzaliśmy, aby nie były to puste słowa i aby nie powtórzyła się sytuacja z meczu z Ruchem Chorzów, kiedy wychodzimy na boisko i zaraz tracimy dwa gole. Myślę, że dobrze zaczęliśmy tą drugą odsłonę. Śląsk nie mógł nic stworzyć. Potem jednak gospodarze trochę nas zepchnęli, mieli kilka rzutów rożnych. To był kluczowy moment, bo przetrwaliśmy te ataki, dołożyliśmy trzecią bramkę i wygraliśmy mecz – analizuje Zbozień.
Piast nie był faworytem tego spotkania, ale po tym, co Śląsk pokazywał ostatnio, gliwiczanie nie byli bez szans na punktową zdobycz, co potwierdziło się na boisku – Pokonaliśmy Mistrza Polski i to na jego boisku. Fajna sprawa dla nas i dla klubu też, bo zapisze się to w historii – cieszy się obrońca Piasta.
Były dwa kluczowe momenty tego meczu. Pierwszy, to dwa obronione przez Dariusza Trelę w niesamowitym wręcz stylu strzały zawodników Śląska. Drugi to gol Damiana Zbozienia. Sam piłkarz nie pamiętał jednak jak go strzelił – Średnio kojarzę tą sytuację. Poszedłem za akcją do końca, bo tak trzeba, nagle znalazłem się sam przed bramkarzem z piłką, zamknąłem oczy, uderzyłem z całej siły i wpadło.
Damian nie tylko strzelił bramkę, ale i zaliczył asystę. Przy golu zdobytym przez Rubena, to Zbozien, uwaga – głową podawał do Hiszpana.
Co było kluczem do wygranej? – Wysoki pressing i agresja to jeż nas styl. Analizowaliśmy mecz Śląska z Zagłębiem i powiedzieliśmy sobie, jeśli Lubin mógł tu wygrać, to czemu nie my. Może i styl nasz był dziś gorszy niż w poprzednich meczach, ale mamy trzy punkty, a dla beniaminka jest to coś bardzo ważnego. Za parę miesięcy nikt już nie będzie mówił o stylu, wrażeniach, ale analizował ile mamy punktów na koncie. Za to nas wszyscy rozliczą
Zarówno Zbozień jak i kask spisali się doskonale, obrońcę Piasta zobaczymy więc w następnych meczach, a d kiedy będzie nosił to specjalne krycie? – W kasku będę grał do końca stycznia, bo doktor powiedział, że kość zrasta się przez trzy miesiące. Wprawdzie jest to mikropęknięcie, ale jakieś ryzyko jest, a ten kask łagodzi uderzenia.
A co się z nim stanie, gdy będzie już zbędny? – Jak nie będzie potrzebny, to może go wystawię na licytację, na jakiś szlachetny cel – deklaruje Damian Zbozień.
Opracowanie: Grzegorz Muzia
Foto: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl





















