Mido na murawie i jest problem

13 zdobytych, 17 straconych goli  w tym sezonie  z tego 12 w ostatnich czterech meczach. Tak się prezentuje bilans przyjemnej dla oka, ale nie efektywnej gry Piasta. Po porażce z Legią jeszcze nie było podstaw, aby obawiać się co będzie dalej. Po przegranej z Ruchem, i to na własnym stadionie  są już  poważne obawy, że tej jesieni trudno będzie ustabilizować grę w defensywie jedenastki  z Okrzei. Dlaczego gliwiczanie ostatnio tracą średnio trzy gole na mecz i są jednym  z najgorzej broniących zespołów w w Ekstraklasie? 

– Siłę defensywy buduje się na stabilizacji, zgraniu i zaufaniu, a w gliwickim zespole tego nie ma – mówi w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego były wiceprezes klubu Zbigniew Koźmiński. Józef Dankowski, świetny niegdyś defensor, a  były trener Piasta, też zawsze podkreślał, że budowę zespołu zaczyna się od obrony. Jak defensywa jest solidna, to można przejść do kolejnego etapu.

Pomiędzy trzecią, a szóstą kolejką wydawało się, że  trenerom Piasta udało się takie właśnie założenia zrealizować. Gliwiczanie wygrywali kolejne mecze, nie tracąc przy tym goli.  Rywale jednak rozpracowali taktykę Piasta i znaleźli na to receptę. Pierwszym trenerem, który tego dokonał był szkoleniowiec Lecha –  Mariusz Rumak. 0-4, to był wodospad lodowatej wody na rozpalone głowy zawodników i trenerów  z Gliwic. Takie przegrane zdarzają się w sezonie praktycznie każdej drużynie. Ważne, aby wyciągnąć właściwe wnioski.

Wydawało się, że zostało to zrobione, bo w kolejnym spotkaniu z Widzewem Łódź gra w destrukcji nie wyglądał źle. Gdyby nie faul Podgórskiego na Rybskim, popełniony już w doliczonym czasie gry, łodzianie wracaliby do domu z 1 punktem, a Dariusz Trela miałaby na koncie tylko 1 straconego gola.

Zupełnie niespodziewanie jednak po tym meczu, Marcin Brosz zdecydował się posadzić na ławce dobrze spisującego się na lewej stronie obrony Pawła Oleksego. Tajemnicą szatni pewnie pozostanie dlaczego tak się stało, ale raczej nie czynnik sportowy o tym zadecydował, bo kto po tak sobie  rozbija dobrze rozumiejącą się defensywę i  wyrzuca ze składu  jednego ze swoich najlepszych zawodników?

W miejsce Oleksego do gry został asygnowany El Mehdi Sidqy (pseudo Mido). Przyjrzyjmy się bliżej temu zawodnikowi, bo warto. Marokańczyk do Polski przyjechał zimą 2010 roku. Pierwszym jego klubem w naszym kraju była Jagiellonia Białystok. Wiosną w barwach „Jagi” rozegrał łącznie z Pucharem Polski 13 spotkań. Zobaczył w tych spotkaniach aż 7 żółtych kartek i dwie czerwone (konsekwencja żółtych). W sezonie 2010/11 tylko raz wyszedł na boisko. Piłkarską  jesień 2011 roku zaczął w Białymstoku, ale zagrał tylko w dwóch meczach Ekstraklasy. W przerwie zimowej przeniósł się do pierwszoligowej Bogdanki Łęczna. Tu też nie grał. Wystąpił w trzech ostatnich kolejkach, a w pełnym wymiarze czasowym zagrał tylko raz, w wygranym meczu z Piastem. Być może to był czynnik, który zadecydował o tym, że ściągnięto go do Gliwic. Biorąc jednak to wszystko pod uwagę, to Marokańczyk tak naprawdę przez ostatnie półtora roku praktycznie nie uczestniczył   w ligowej piłce.   Mimo to Marcin Brosz posłał go do boju w bardzo trudnym meczu, bo przeciwko Legii. Mido w tym spotkaniu zaprezentował się słabo, miał współudział przy pierwszym straconym golu, choć trener gliwiczan bronił go, że bramka ta padła ze spalonego. Niemniej jednak Marokańczyk w 63 min został ściągnięty z boiska, bo jeśli by na nim został, to z pewnością zobaczyłby drugi żółty i w konsekwencji czerwony kartonik. Mehdi nie radził sobie bowiem zupełnie z grającym na niego Kucharczykiem.

Pomyłki zdarzają się wszystkim, również  i trenerom. Mido nie usiadł jednak na ławce, tylko dostał drugą szansę w meczu z Ruchem,  i… miał współudział przy wszystkich trzech straconych golach. Przegrywał z grającym na niego biegowe pojedynki  Smektałą, nie potrafił nawet go sfaulować. Na trybunie prasowej żartowano, że to tajna broń chorzowian.

Mimo to na murawie przebywał do ostatniego gwizdka sędziego. Zmian w obronie było zresztą więcej. Po pauzie do łask wrócił również Jan Polak, na ławkę powędrował Łukasz Krzycki. Jak to jednak tłumaczyć, że w ekipie z Gliwic jest 10 nominalnych obrońców, a trener ma problem z zestawienie czwórki? –  Może  Marcinowi Broszowi zawróciło w głowie te dwanaście punktów i zaczął eksperymentować? Nie chcę być złośliwy, ale chyba popełnia błędy sprzed roku czy dwóch lat – tak komentuje to  Zbigniew Koźmiński

Marcin Brosz broni swoich decyzji i Marokańczyka –  Uważam, ze to dobry piłkarz i jeszcze będzie dostawał szanse, ale tez i cały czas będziemy szukać optymalnych rozwiązań – powiedział na ostatniej konferencji prasowej Brosz.  Szkoleniowiec Piastunek dodaje też, że zmiany wymusiły kontuzje.

Taki eksperyment przerabiano przy Okrzei, przepraszam w Wodzisławiu przy Bogumińskiej w nieudanym sezonie 2010/11, o czym przypomina Kaszowski –  Kiedy byłem zawodnikiem Marcina Brosza, to co mecz standardem były cztery zmiany. I teraz jest podobnie. Nie wiadomo, w jakim składzie zagra obrona – zauważa wieloletni kapitan.

Grzegorz Muzia
Cyt za: Przegląd Sportowy

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze