Życie ludzkie jest podobne do gry w piłkę nożną…

Gwizdek sędziego kończy mecz. A po nim uhonorowanie drużyny, fetowanie, wiwatowanie, lub wręczenie pucharu. Podobnie jest z końcem naszego życia. Tylko z tą wielką różnicą, że to Bóg sam nas uhonoruje i wręczy „najcenniejszy puchar”, puchar swego Bożego życia, przyjmując nas w swoje wieczne szczęście. Te słowa to część kazania, które wygłosił  ksiądz Jerzy Grześkowiak w trakcie  Mszy Świętej, gdy żegnano Jerzego Cicha. Poniżej prezentujemy pełną treść  ostatniej przemowy nad trumną legendarnego trenera.  Choć to  trudny tekst, to warto się w nim zagłębić.

Śmierć może zaskoczyć człowieka jak nieszczęście, ale może też być jak wieczór po długim, pięknym, wypełnionym i spełnionym dniu. Dla Jerzego śmierć była „wieczorem życia”. Po ostatnim, bardzo uciążliwym, trudnym czasie dla niego i dla najbliższych – od 15 marca b.r. Jerzy przebywał w Domu Opieki św. Elżbiety, każdego dnia ofiarnie i z miłością odwiedzany i pielęgnowany przez żonę Krystynę, wspieraną przez szwagierki Teresę i Mariannę – w ubiegłą środę Jerzy zasnął spokojnie w Panu odchodząc do niebieskiej ojczyzny. Wszyscy, których ta śmierć dotyka, nie odczuwają jednak zgorzknienia i rozpaczy, lecz raczej wdzięczność wobec Boga, że dla Jerzego skończyła się jego droga krzyżowa i już na zawsze może być szczęśliwy u Pana.

Stojąc teraz przy trumnie Jerzego wspominam wiele pięknych razem z nim przeżytych chwil w czasie mojego 14-letniego duszpasterzowania w parafii „Powtórnego Przyjścia Pana”. Wspominam spotkania w rodzinie, w parafii, w świątyni, podczas mszy św., nabożeństw i uroczystości. Cieszyłem się, gdy od ołtarza dostrzegałem niemal w każdą niedzielę, że Jerzy i Krystyna są obecni. Raz w miesiącu spotykaliśmy się w parafialnej kręglarni; była to dogodna okazja do serdecznej rozmowy o wspólnocie parafialnej i egzystencjalnych problemach. Było mi dane uczestniczyć także w większości rodzinnego świętowania tzw. „klanu Cich”: w urodzinach, imieninach, jubileuszach, w ślubie Hani i Rainera, w chrztach wnuków. Mam żywo w oczach 70 urodziny Jerzego, obchodzone w górskim hotelu w Aschbach, z poprzedzającą je Eucharystią w małym wiejskim kościele, z polskimi pieśniami. Jak szczęśliwy był wtedy Jerzy – już emeryt, ale nadal aktywny w zawodzie jako nauczyciel, w pełni sił, – że może świętować z całą rodziną i z szerokim gronem przyjaciół. Myślę także o złotych godach małżeńskich Krystyny i Jerzego jesienią 2010 r. w restauracji w Siegertsbrunn. Choć Jerzy nie był już wtedy w pełni swoich sił, to cieszył się jak zawsze z recytatorskich i muzycznych występów jego wnuka i wnuczek.

Życie Jerzego skończyło się. O śmierci i o życiu człowieka nie mówi się tak, jak o jakiejkolwiek innej sprawie. Ten, kto umiera, wyprzedza nas, jest przed nami i ponad nami. I czujemy w głębi serca, że człowiek, który odszedł, wcale nie potrzebuje naszego uznania i uhonorowania, bo tylko sam Bóg jest w stanie go sprawiedliwie i godnie ocenić. Dlatego lepiej jest mniej mówić, a więcej słuchać: wsłuchiwać się w to, co Jerzy ma nam, którzy jeszcze jesteśmy „w drodze”, dziś do powiedzenia – przez swoje życie i śmierć, przez działalność i cierpienie, przez swą miłość do Boga i ludzi. Dlatego pytamy: Co ukształtowało Jerzego? Co wypełniało jego duchowe wnętrze? Co było siłą napędową jego życia? Jakie były jego zainteresowania i radości? Odpowiedź na te pytania będzie łatwiejsza, gdy przedstawię pokrótce jego życiową drogę.

Jerzy-Georg przyszedł na świat 28.12.1930 r. w Gliwicach, w rodzinie Johann Cich i Agnes Giemsa i tam wzrastał z dwoma siostrami. W Gliwicach uczęszczał do szkoły podstawowej oraz do Gimnazjum im. Friedricha Wilhelma. Po II wojnie światowej uczył się najpierw 3 lata w Gimnazjum o profilu przemysłowym, potem 2 lata w Technikum Mechanicznym, które ukończył w r. 1951 świadectwem maturalnym. Następnie odbył studium techniczno-pedagogiczne w Bytomiu i w 1952 r. rozpoczął działalność dydaktyczną w Technikum Ceramicznym, która trwała 28 lat, czyli do roku 1980. W latach 1968-1973 odbył także studia zaoczne na Śląskim Uniwersytecie Technicznym w Gliwicach uzyskując dyplom inżyniera budowy maszyn, a w miejscu pracy stanowisko wizytatora szkolnego. Przedmiot jego wykładów to: rysunek techniczny, maszynoznawstwo, obsługa techniczna maszyn, zasady bezpieczeństwo pracy.

Ważną datą w życiu Jerzego było zawarcie małżeństwa z ukochaną Krysią, z domu Apostoł, w kościele Chrystusa Króla (dziś katedra) w Gliwicach. Małżonkowie ofiarowali wkrótce życie dwojga dzieciom: Haraldowi i Joannie, ci zaś po latach odwdzięczyli się – że tak powiem – darem sześciorga wnuków, którzy byli i są dla Jerzego i Krystyny wielką radością i szczęściem.

Zmarły Jerzy był pracowitym, sumiennym i ambitnym człowiekiem. Życie, rodzinne, praca zawodowa, troska o finansowe zabezpieczenie rodziny, dokształcanie, studium… Mimo tylu zajęć Jerzy znalazł jeszcze czas na 2-letnie studium trenera piłki nożnej. Po jego zakończeniu otrzymał tytuł trenera 1 klasy. W tym dodatkowym zawodzie pracował przez 15 lat (1964-1979) m. in. jako trener II-ligowej drużyny piłkarskiej „Piast Gliwice”. Za zasługi zarówno na polu dydaktyki jak i w sporcie otrzymał różne odznaczenia, m. in. „Złoty Krzyż Zasługi”, mimo że nigdy nie przynależał do partii komunistycznej (PZPR). Wiadomo, że członkowie tej partii byli w ówczesnej Polsce klasą uprzywilejowaną.

Punktem zwrotnym w życiu Jerzego był rok 1981. W dniu 27 stycznia tegoż roku po wieloletnich staraniach Jerzy wraz z żoną i dwojgiem dzieci wywędrował z Polski do Niemiec – do Bawarii, w ramach tzw. łączenia rodzin. Tym samym Jerzy zaczął pisać drugi tom księgi swego życia: druga ojczyzna, niełatwe początki, mozolne zapuszczanie na nowo korzeni, przejściowe miesiące adaptacji w Geretsried, poszukiwanie pracy, w końcu własne mieszkanie w Monachium – Neuforstenried, i wreszcie w 1982 r. stałe miejsce pracy w Technicznej Szkole (GBS-Schule) w Monachium, w której pracował przez 24 lata jako ceniony i kochany nauczyciel. Jego przedmioty wykładowe to: budowa maszyn i ich techniczna obsługa oraz techniczny rysunek komputerowy (CAD). Jerzy był nauczycielem „duszą i ciałem”. Na wzór Jezusa był dla swoich uczniów „dobrym pasterzem”. Jego dewizą było: uczniów znać, ich rozumieć, mieć dla nich czas i cierpliwość, krótko mówiąc: ich kochać.

Gdybym miał życie Jerzego krótko streścić, uczyniłbym to przy pomocy czterech pojęć: ojciec, nauczyciel, trener, chrześcijanin. Jerzy był dobrym i kochającym mężem i ojcem, wzorowym i utalentowanym nauczycielem, wspaniałym trenerem (doprowadził drużynę do finału pucharu Polski), i w tych wszystkich obszarach – dobrym chrześcijaninem. Był człowiekiem uczciwym i szczerym, skromnym i prostolinijnym, na nim można było zawsze polegać.

Ważną część życia Jerzego stanowił futbol. Śmiem przypuszczać, że ten rodzaj sportu odgrywał w jego życiu dlatego tak ważną rolę, ponieważ uświadamiał sobie, iż z piłki nożnej niejedno można przenieść na życie w ogóle. Być może Pan Jezus przy tym naszym pożegnaniu z Jerzym opowiedziałby nam dziś przypowieść, zaczynając ją słowami: „Królestwo niebieskie na ziemi jest podobne do gry w piłkę nożną…”. Pomedytujmy zatem jeszcze nieco, co futbol może nam powiedzieć o życiu.

+ W piłce nożnej obowiązują reguły gry. Nieprzestrzeganie ich prowadzi do zgrzytów, chaosu, złości. Ani gracze ani widzowie nie mają z takiej gry radości. Także w naszym życiu obowiązują pewne reguły, drogowskazy, przykazania, ustalone nie tylko przez ludzi, lecz także dane nam przez Boga. On nie chce nas zniewalać; dał nam je, bo nas kocha i chce naszego dobra, także po życiu doczesnym.

+ Mecz piłkarski rozgrywa się na wyznaczonym miejscu (70 razy 105 metrów) i w ściśle określonym czasie (90 minut). Podobnie życie człowieka dzieje się w określonej przestrzeni: w rodzinie, w zawodzie, w konkretnym kraju, w lokalnej wspólnocie. Bóg określa też czas naszej „gry życia” – nie ma w niej jednak ani przedłużenia, dogrywki, ani powtórki. Osiągnięty rezultat jest ostateczny. Piłkarzom zależy na możliwie najlepszym miejscu w ligowej tabeli lub w grupie turnieju. Jezus też mówi o przydzielaniu „miejsc”: o miejscach „po prawej” lub „po lewej” stronie, o „wielu mieszkaniach w domu Ojca” (jak w dopiero co słyszanej Ewangelii), o „zasiadaniu przy stole”, o „uczcie”, przy której On sam będzie nam usługiwał.

+ Każda drużyna walczy o to, by nie odpaść z ligi lub z dalszych rozgrywek. Także Jezus ostrzega przed niebezpieczeństwem znalezienia się w królestwie ciemności.

+ W każdej drużynie ogromnie ważna jest nie tylko spontaniczna radość ze zwycięstwa i świętowanie go, lecz także umiejętność zaakceptowania porażki, przepracowania jej i wyciągnięcia stosownych wniosków. Piłkarze uczą się stale, jak pokonać słabość, załamanie, zwątpienie, jak wykrzesać nowe siły do walki. Podobnie jest w życiu – idzie przecież o ostateczny wynik będący sumą wszystkich porażek i zwycięstw.

+ W dobrej sytuacji jest ta drużyna, która posiada wybitne indywidualności, prawdziwe „piłkarskie gwiazdy”. Ale o wiele ważniejsze jest, czy ona stanowi scaloną jedność, dobrze zgrany piłkarski zespół, czy gracze świetnie się rozumieją, czy chęć błyszczenia nie bierze góry nad koniecznością współpracy w grze. Pojedynczy gracz nie może chodzić swoimi drogami, on musi swoje talenty wnieść w „grę zespołu”. Każdy człowiek też „rozgrywa swoje życie” we wspólnocie z innymi: w rodzinie, w miejscu pracy, w szkole, w lokalnej społeczności, we wspólnocie wiary. To samo dotyczy naszego bycia chrześcijanami. Chrześcijaninem nie jest się w pojedynkę. I chrześcijanin nigdy nie jest sam. Każdy, kto chce swe życie „grać” tylko sam, stoi z góry na straconej pozycji.

+ Mecz piłkarski rozpoczyna się na środku boiska i po każdym strzelonym golu tam też jest kontynuowany. Życie człowieka też potrzebuje „środka”. Co jest „centrum” naszego życia? Nie chodzi tyle o jakieś miejsce, lecz o to, co jest dla mnie najważniejsze, od czego zawsze mogę na nowo zaczynać. Dla człowieka takim centrum jest Bóg, a dla chrześcijanina Jezus Chrystus, Jego Syn, który prowadzi nas do Boga-Ojca. Jezus jest tym centrum zawsze: w zwycięstwach – byśmy pośród radości tego świata nie zagubili właściwej miary i oceny spraw i rzeczy; w porażkach – by w Nim znaleźć siły do powstania z klęski, by nie załamać się w obliczu nieszczęść, gdy los strzela w bramkę naszego życia gol za golem.

+ O początku i końcu meczu decyduje sędzia. Moje życie zależy od Boga – Stwórcy i Dobrego Ojca. On „grę mojego życia” zainicjował stwarzając mnie przez rodziców. Bieg mego życia znaczony jest różnymi niespodziankami. Sędziowie piłkarscy są omylni, gdy idzie o precyzyjne widzenie tego, co dzieje się na boisku i o podejmowane decyzje. Natomiast Sędzia naszego życia jest nieomylny. On widzi także nasze faule i tricki, ale również naszą słabość, społeczne uwarunkowania, naszą dobrą wolę i kochające serce. Od Chrystusa wiemy, że On jest zawsze Miłością i Miłosierdziem.

+ Gwizdek sędziego kończy mecz. A po nim uhonorowanie drużyny, fetowanie, wiwatowanie, lub wręczenie pucharu. Podobnie jest z końcem naszego życia. Tylko z tą wielką różnicą, że to Bóg sam nas uhonoruje i wręczy „najcenniejszy puchar”, puchar swego Bożego życia, przyjmując nas w swoje wieczne szczęście. Właśnie to stało się dla Jerzego już rzeczywistością. Na progu dzielącym ten świat doczesny z tamtym wiecznym Bóg powiedział do niego: „Dzieliłem to życie z Tobą, brałem w nim udział. Ty byłeś moim „współ-twórcą”, „współ-pracownikiem”, „współ-graczem”. Nie rozdzielimy się. Teraz uwolniony od twego doczesnego ciała wchodzisz we mnie. Przez wszelkie dobro, które czyniłeś i cierpienie, które musiałeś znosić, wrastałeś we mnie i będziesz żył nadal we mnie. Kładę moją dłoń na tobie.  Zaufaj mi. Nie opuszczę cię. Chodź!”.

Nasz kochany Jerzy doświadcza teraz tego, o czym pisze św. Jan w księdze Objawienia: Bóg sam otrze wszelką łzę z jego oczu i będzie z nim na zawsze. „Będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem” (Ap. 21, 7).

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak
Maj 2012 – Monachium

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze