Mariusz Zganiacz 10 lat temu na stadionie przy ul Łazienkowskiej debiutował w polskiej Ekstraklasie. W Legii kariery nie zrobił, ale pozwoliło mu to nabrać doświadczenia i pewności siebie. A to zaowocowało potem świetną grą w innych, polskich klubach. W niedzielny wieczór „Zgani” zagrał na najwyższym poziomie, będąc jednym z najlepszych zawodników na murawie.
– To był chyba mój szósty mecz przy Łazienkowskiej, od kiedy nie gram w stołecznej drużynie. Chciałem się pokazać z jak najlepszej strony kibicom Legii. To się udało, walczyłem, jak tylko mogłem – podsumowuje swój występ pomocnik Piasta.
Tak blisko wygranej Piast nie był jeszcze na Łazienkowskiej. Gliwiczanie nie dość, że prowadzili 2:0, to jeszcze w pierwszej połowie przeważali. Na koniec jednak to gospodarze cieszyli się z kompletu oczek – Szkoda, że nie wygraliśmy. Nie byliśmy gorszym zespołem, ale Legia nas wypunktowała. Przy straconych bramkach popełnialiśmy juniorskie błędy – stwierdza „Zgani”
Co więc zdecydowało o tym, że warszawiacy przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść ? Doping publiczności niósł kibiców Legii – zauważa Zganiacz. Ale jak na beniaminka zaprezentowaliśmy się moim zdaniem nieźle. Mieliśmy swoje sytuacje, legioniści tymczasem skupiali się na podawaniu piłek Ljuboi – dodaje piłkarz Piasta.
Mecz z Legią nie koniecznie musi się jednak zakończyć dla tego zawodnika z ostatnim gwizdkiem sędziego. W drugiej połowie Zganiacz walcząc o piłkę uderzył łokciem w twarz Dominika Furmana. Sędzia nie pokazał czerwonej kartki rozgrywającemu z Gliwice, ale w tym sezonie były już przypadki, że kary nakładano na podstawie telewizyjnych powtórek – Nie chciałem zrobić mu krzywdy. Wydawało mi się, że było to zagranie bark w bark, tymczasem podobno uderzyłem go w twarz – broni się Mariusz Zganiacz.
Opracowanie- Grzegorz Muzia
Cyt za: Legia.net
Foto: Miłosz Nasierowski (Legia.net)





















