Czasem trzeba zrobić krok w tył. Rozmowa z Jakubem Świerczokiem

Transfer Jakuba Świerczoka z niemieckiego Kaiserslautern do Piasta może być jednym z transferowych hitów tego lata w Ekstraklasie. Wychowankowi MOSM Tychy wróży się karierę równą Robertowi Lewandowskiemu. Kto wie czy tak by się wkrótce nie stało, gdyby młody zawodnik zdecydował się jeszcze z rok, albo dwa pograć w polskiej lidze, a dopiero potem przenieść się do klubu z Bundesligi. Sam piłkarz jednak nie żałuje podjętej decyzji i nie przejmuje się tym, że czasem trzeba zrobić mały krok w tył, aby  znów ruszyć naprzód. Zapraszamy do przeczytania wywiadu, jaki udzielił dziennikowi „Sport” nowy nabytek Piasta

 

Gdy w listopadzie 2011 roku Jakub Świerczok zdobywał dla Polonii Bytom gola w wyjazdowym meczu z Piastem Gliwice, nie  mógł wiedzieć tego, że osiem miesięcy później będzie piłkarzem klubu z Okrzei. Ten był przecież wówczas dopiero kandydatem na nowego członka ekstraklasy, a przy tym, co młody napastnik wyrabiał w barwach Polonii, w grę wchodziły oferty jedynie z tego szczebla. Tak w polskim, jak i w zagranicznym wydaniu, choć to drugie wielu mu odradzało. Świerczok nie posłuchał i na początku stycznia podpisał kontrakt z niemieckim FC Kaiserslautern, Zaczął bardzo obiecująco, ale im dalej, tym szans otrzymywał mniej, by w końcu na dobre osiąść w rezerwach. Do Polski na roczne wypożyczenie do Piasta wraca więc po to, by znów wskoczyć na właściwe tory.

Kamil Kwaśniewski (Sport) – Jarosław Kołodziejczyk, wiceprezes Piasta, powiedział, że miał pan oferty z kilku lepszych klubów, ale był zdeterminowany, by trafić do Gliwic …

Jakub Świerczok – To prawda, zależało mi na transferze do Piasta. To dobry klub, na dodatek z nowym stadionem. Chcę mu pomóc, grać regularnie i zdobywać bramki. A inne propozycje? Nie ma sensu dzisiaj o nich rozmawiać. Koncentruję się tylko na tym, co jest teraz.

– Po kilku miesiącach spędzonych w Niemczech o tym „dzisiejszym” Piaście może pan za wiele nie wiedzieć.

– Rzeczywiście, oprócz tego, że drużyna wywalczyła awans do ekstraklasy, zbyt dużo na jej temat nie jestem w stanie powiedzieć. Ale wszystko przede mną. Wystarczyło mi dziesięć minut, a Damiana Zbozienia i Pawia Oleksego już znałem (śmiech).

– Możemy tak powiedzieć, że w Niemczech poznał pan co to osobista porażka?

– Czasami trzeba zrobić mały krok w tył, aby potem znów ruszyć naprzód. Poza tym w Kaiserslautern za wiele szans nie dostawałem, mimo że w dwóch pierwszych meczach pokazałem się z niezłej strony. Nie pomogły bramki, jakie zdobywałem w meczach rezerw. Grali inni.

– Wielu ostrzegało, że przeskok może być zbyt duży.

– Chciałem spróbować i myślę że dobrze zrobiłem. Oczywiście, dzisiaj można zastanawiać się, co by było, gdybym został w kraju, ale ja tak do tego  podchodzić nie chcę.  Zwłaszcza że te kilka miesięcy  w Niemczech naprawdę sporo mi dalo.

– Był  szok pt. „jak może funkcjonować klub piłkarski”?

– Tam wszystko jest perfekcyjnie poukładane. W każdym, najdrobniejszym  nawet  szczególe. Chociaż uważam że i  polskim klubom jest do tego poziomu coraz bliżej.

– Z językiem pan sobie poradził?

– Teraz jest już naprawdę nieźle, ale trzeba było uczyć się od podstaw, więc kiedy już zupełnie nie wiedziałem, jak coś wytłumaczyć, wtrącałem słówka po angielsku. Bardzo pomógł mi na pewno trener Artur Płatek, który – póki pracował w klubie – był na każdym treningu.

– Najlepszy piłkarz przeciw któremu miał pan okazję zagrać?

– Zdecydowanie Raul. Obaj gramy w ataku, więc okazji do bezpośredniego kontaktu za wiele nie było, ale nawet nie były potrzebne, bo już z daleka widać, że to wielki zawodnik. Klasa sama w sobie.

– A w Kaiserslautem?

– Ariel Borysiuk.

– Nie przemawia przez pana wyłącznie … solidarność z rodakiem?

– Nie. Ona nie ma tu żadnego znaczenia. Tego, że Ariel zrobi karierę jestem pewien.

Rozmawiał Kamil Kwaśniewski/ Dziennik „SPORT”

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze