Zmarł Henryk Bałuszyński

Z ogromnym smutkiem informujemy, że w czwartek w godzinach popołudniowych w wieku ledwie 39 lat nagle zmarł były piłkarz gliwickiego Piasta – Henryk Bałuszyński. „Balu” był wychowankiem Gwiazdy Chudów, skąd jeszcze jako junior trafił do Górnika Zabrze w którym to klubie spędził 6 sezonów.  W polskiej ekstraklasie rozegrał 109 spotkań strzelając 18 goli. Występujący jako napastnik piłkarz grał także w zagranicznych zespołach – m.in. niemieckich VfL Bochum 1848 i Arminii Bielefeld oraz cypryjskim Énossis Néon Paralimníou. 15 razy był powoływany do reprezentacji Polski. Do Piasta trafił jesienią 2003 roku, czyli w pierwszym sezonie po powrocie do II ligi.

Wystąpił w 10 spotkaniach, ale nie to było wtedy ważne. Jako były reprezentant Polski  był magnesem dla kibiców i autorytetem dla zawodników w szatki. Pomagał Józefowi Dankowskiemu i Marce Majki w przygotowaniu do każdego, kolejnego meczu. „Balu” miał jeszcze jedną, wcale nie często spotykaną cechę. Mimo bogatej, piłkarskiej kariery pozostał naturalny, serdeczny dla wszystkich. Zawsze chętnie rozmawiał z kibicami i dziennikarzami. Mimo że nie utrzymywał się  już potem z piłki, nie potrafił rozstać się z boiskiem. Grał i trenował jeszcze w Gwarku Ornontowice, a potem w rodzinnej miejscowości, wspomagając klub, gdzie zaczęła się jego przygoda z futbolem  – Gwiazdę Chudów. Będziemy pamiętać!

Historia piłkarskiej kariery

Kupione rano, po kilku godzinach nie nadają się już do jedzenia. Wolę pieczywo tradycyjne. Z węglowego pieca, bez żadnych konserwantów i polepszaczy – mówi Henryk Bałuszyński, jeden z najlepszych śląskich napastników lat 90.

31-letni piłkarz wrócił na koniec kariery na Śląsk. „Balu” rozpoczął sezon w II-ligowym Piaście Gliwice, ale nie dotrwał w nim do końca rundy jesiennej. Wszystko przez kontuzje, które prześladowały go niemal bez przerwy.

Piotr Zawadzki: Kończy Pan karierę z uczuciem ulgi czy żalu?

Henryk Bałuszyński: Żalu. Nie miałem chyba jednak innego wyjścia. W poprzednim sezonie na Cyprze z powodu kontuzji nie grałem przez osiem miesięcy. W ostatnich latach co roku, i to zawsze w maju, musiałem poddawać się operacjom.

To dlaczego latem przyjął Pan propozycje Piasta Gliwice?

– Jeszcze w czerwcu byłem przekonany, że już nie zagram. Nie chciałem się nigdzie pchać na siłę. Przy okazji towarzyskiego meczu spotkałem się w Knurowie z Januszem Bodziochem i Józefem Dankowskim. Oni namówili mnie, żebym jeszcze spróbował u nich – w Piaście Gliwice. Prezes Marcin Żemaitis zaakceptował mój warunek, że w razie kolejnych problemów ze zdrowiem zakończę karierę. Przed sezonem byłem optymistą, ale potem noga nie wytrzymywała. Pojechałem do Bochum do lekarza, który mnie już wcześniej leczył. Stwierdził, że mięsień co chwilę „strzela” w innym miejscu, tworzą się blizny. Zawyrokował, że na moje dolegliwości nie ma żadnego lekarstwa. To mnie do reszty przekonało. Może jeszcze pogram w A-klasowej Gwieździe Chudów, ale to będzie już tylko zabawa.

Za granicę wyjechał Pan niemal z dnia na dzień. Transfer do VfL Bochum to było spełnienie marzeń?

– Ależ skąd! Zawsze sobie powtarzałem, że dwie ligi na pewno nie są dla mnie: niemiecka i angielska. Marzyła mi się Hiszpania albo Francja. W 1994 r. po odejściu z klubu prezesa Władysława Kozubala Górnik miał problemy finansowe. Ratunkiem miały być transfery najlepszych zawodników. O mnie nie było jednak mowy. Bochum kupiło Tomka Wałdocha, niedługo potem potrzebowali tam jeszcze napastnika. Zapytali działaczy Górnika. Miał pojechać na testy Marek Szemoński, ale złapał kontuzję, więc wysłano mnie w towarzystwie Stanisława Oślizły. Pamiętam, że Wałdoch bardzo się zdziwił, jak mnie zobaczył. W środę byłem na treningu, a w niedzielę już grałem w Bundeslidze. Wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Rzadko kiedy trafia się taki debiut jak Panu.

– Przegraliśmy wprawdzie na wyjeździe z Schalke 2:3, ale zdobyłem obie bramki dla Bochum. Zostałem wybrany na piłkarza meczu. Żałowałem, że nie podpisywałem kontraktu w poniedziałek…

Co było na początku największym problemem?

– Język. Nic nie rozumiałem! Kiedy w szatni koledzy się śmiali, myślałem, że to ze mnie. Dostaliśmy z Tomkiem kartkę z podstawowymi zwrotami, które przydają się na boisku. Tłumaczem był urodzony w Polsce piłkarz Bochum Dariusz Wosz. Klub wynajął nam korepetytora, ale to był Niemiec i nauka za bardzo nie szła. Dopiero kiedy zajęła się nami Ania, studiująca w Niemczech Polka, zaczęliśmy robić postępy. Uczyliśmy się dwa, trzy razy w tygodniu. Po kilku miesiącach mogłem się już dogadać bez większych problemów.

Byli w klubie obcokrajowcy, którzy nie uczyli się niemieckiego?

– Jak pamiętam, to tylko reprezentant Rosji Oleg Juran. On na każdym kroku podkreślał, że przyjechał do Niemiec grać, a nie szlifować język. I był w swoim postanowieniu konsekwentny. Inni cudzoziemcy pilnie się uczyli. Zresztą każdy trener zwracał uwagę na znajomość niemieckiego.

Grał Pan z wieloma bardzo dobrymi piłkarzami.

– W Bochum z Woszem, Yildirayem Basturkiem, w Arminii Bielefeld z Bruno Labbadią… Wosz w Bochum znał prawie każdego. Mówił łamaną polszczyzną. Był taki czas, że w klubie trenowało chyba z ośmiu piłkarzy mówiących – lepiej albo gorzej – po polsku. Jednym z nich był Peter Peschel. Miał bardzo sławną dziewczynę Magdę Brzeską, potem została jego żoną. To Polka z Gdańska, która w Niemczech zrobiła karierę jako gimnastyczka i modelka. Peter to bardzo zdolny piłkarz, ale chyba za szybko zadowolił się tym, co osiągnął. Bochum to klub, który ma potężnych sąsiadów: Borussię Dortmund i Schalke 04. Dlatego lawiruje między I i II ligą. Najlepsi odchodzili do silniejszych klubów.

Pan nigdy nie dostał takiej oferty?

– Nie. Mogłem grać na stałe w Arminii, ale to ten sam poziom, co Bochum. Gdy z moją formą było lepiej, to zwykle trafiała się kontuzja. Pewnie uzbierałoby się ze dwa lata, jak nie grałem z powodu leczenia urazów.

Śmieszą Pana tłumaczenia polskich piłkarzy, którym się nie powiodło na niemieckich boiskach?

– Teraz to ja mogę się śmiać, ale kiedyś sam miałem problemy. W Arminii trener Thomas von Heesen stawiał w ataku na Giuseppe Reinę. Tłumaczyłem sobie, że to widocznie jakiś układ, że przecież i tak jestem od niego lepszy. Musiałem się jakoś motywować. Obcokrajowiec zawsze będzie miał trudniej. Jeśli nie gra na miarę oczekiwań, to natychmiast zostanie mu przypięta łatka. Dlatego mogę być zadowolony, że udało mi się pograć na Zachodzie przez tyle lat. Przecież każdy piłkarz o tym marzy. Niedosyt mam tylko przez te kontuzje.

Jak wspomina Pan niemieckich szkoleniowców?

Henryk Bałuszyński zakończył piłkarską karierę i zajmuje się teraz rodzinną piekarnią (2)

– Czymś zupełnie nowym było dla mnie podejście do piłkarzy Klausa Toppmoellera. On bardzo dużo z nami rozmawiał. Potrafił przed treningiem wejść do szatni i zapytać, co chcemy robić. Kiedy widział, że jesteśmy nie w sosie, to zabierał nas do restauracji na śniadanie. Tak tworzyła się atmosfera, ona była dla niego najważniejsza. Metoda Toppmoellera zdawała egzamin, kiedy przyszedł do Bayeru Leverkusen, doszedł z nim do finału Ligi Mistrzów. W Polsce z czymś takim spotkałem się dopiero w Piaście. Trener Dankowski także często rozmawia z piłkarzami, jest elastyczny.

Dlaczego występy w reprezentacji skończyły się dla Pana już w 1997 r.?

– Ja to rozumiem. Miałem kontuzje, nie grałem w klubie. Licznik stanął na 15 występach. Najbardziej zapamiętałem mecz w 1996 roku na Wembley z Anglią. Mimo porażki wypadliśmy naprawdę bardzo dobrze. Po mojej stronie boiska grał wtedy David Beckham. Z mojego podania Marek Citko zdobył prowadzenie, ale potem dwa gole strzelił nam Alan Shearer. Trzy lata później wyrównałem z nim rachunki. Bochum grało sparing z Newcastle, obaj strzeliliśmy po dwie bramki, ale mój klub zwyciężył 3:2!

W 1998 r. VfL Bochum zadebiutowało w europejskich pucharach.

– W Pucharze UEFA wyeliminowaliśmy Trabzonspor i FC Brugge, odpadliśmy dopiero z Ajaksem Amsterdam. To były przedziwne mecze. W Amsterdamie w 23. min Bochum wygrywało 2:0, ale dalej prowadziło otwartą grę i do przerwy Ajax zdążył nam strzelić cztery gole. Rewanż był zacięty, ale tylko zremisowaliśmy 2:2. W Bochum wszyscy i tak cieszyli się, że dotarliśmy do trzeciej rundy. Mam tę satysfakcję, że strzeliłem dla klubu pierwszego gola w pucharach: Trabzonsporowi z karnego.

Czego Pan teraz najpierw szuka w telegazecie: wyników polskiej czy niemieckiej ligi?

– Wyników Piasta Gliwice, bo ten zespół znam najlepiej. Dziś bardziej jednak interesuję się ligą niemiecką, niż w czasach kiedy sam w niej grałem. Mam na to po prostu więcej czasu. Mecze oglądam jednak przypadkiem. Mieszkamy u teściów w Chudowie, remontujemy mieszkanie w Rudzie Śląskiej. Dom w Bochum właśnie sprzedajemy. Sam jeszcze nie wiem, gdzie zamieszkamy na stałe.

Dopiero co przekroczył Pan trzydziestkę. Ma Pan pomysł na życie po zakończeniu kariery?

– Trochę to wszystko spadło na mnie niespodziewanie. Planowałem pograć jeszcze kilka lat w Niemczech albo na Cyprze. Na razie trochę mi brakuje rytmu dnia, którym żyłem przez kilkanaście lat. Rano piję kawę i potem powinienem być na treningu. Jednak nie jestem. Zawożę syna do szkoły w Gliwicach, potem go odbieram. Trochę pomagam żonie w prowadzeniu piekarni. Chciałbym też jakoś pomóc klubowi z Chudowa.

Smakowało Panu niemieckie pieczywo?

– Nie znoszę niemieckich bułek. Kupione rano, po kilku godzinach nie nadają się już do jedzenia. W naszej piekarni sprzedajemy pieczywo tradycyjne. Z węglowego pieca, bez żadnych konserwantów i polepszaczy. Na sprawdzonych recepturach. Piekarnia działa w Chudowie od czerwca, zatrudniamy cztery osoby. Mamy pełny asortyment: chleb, bułki, rogale, ciastka.

ZOBACZ TEŻ PROGRAM Z UDZIAŁEM HENRYKA BAŁUSZYŃSKIEGO – GOŚĆ DNIA


 

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze