Początek lipca 2005 r. był bardzo gorący dla sympatyków Piasta i to bynajmniej nie za sprawą upalnego lata. Ledwo co gliwiczanie uporali się w barażach z Unią Janikowo, a w pierwszych dniach wakacji jak grom z jasnego nieba huknęła wieść o zatrzymaniu byłego prezesa klubu Marcina Żemaitisa. Jednemu z głównych architektów odrodzenia klubu postawiono zarzut kupienia meczu. Konkretnie dotyczyło to spotkania ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki z jesieni 2004 r. Na Piasta spadła lawina krytyki zarówno ze strony mediów jak i kibiców. Pierwsze sygnały z piłkarskiej centrali były więcej niż niepokojące. Degradacja o dwie klasy niżej, kary finansowe. To mogło oznaczać koniec z takim trudem odbudowywanego klubu. Tymczasem stanowisko ówczesnych wladz Piasta już od zatrzymania Marcina Żemaitisa było jednoznaczne – jesteśmy niewinni - mówił Jacek Krzyżanowski. Organy dyscyplinarne PZPN nie zwlekały jednak z nałożeniem sankcji. Na klub nałożono karę 100 tys. zł grzywny, a zespół od przyszłego sezonu miał zacząć rozgrywki z balastem 10 ujemnych punktów. Dziś wiemy, że chodziło o pokazówkę. Piłkarska centrala chciała się wykazać, że działa szybko i skutecznie w sprawie korupcji. Z czasem zarzut kupna meczu zmieniono na niedozwolone kontakty z sędziami. Marcin Żemaitis wyszedł z aresztu za kaucją i już do niego nie powrócił. Jeden z działaczy z Miodowej potem powiedział, że afera Piasta nie była nawet koniuszkiem góry lodowej i rzeczywiście. Każdy następny dzień w tzw. aferze korupcyjnej praktycznie ujawniał nowe fakty. Kary posypały się na następne kluby włącznie z degradacją. Sprawa miała ciągnąć się latami. Mimo odwołań do wszystkich możliwych instancji kar dla Piasta nie cofnięto.

Jeszcze zanim rozpoczęły się rozgrywki Jan Tomaszewski powiedział, że dla tak słabego klubu, jakim jest Piast, kara minus 10 punktów równa się z degradacją. Bramkarz, który zatrzymał Anglię pewnie nie spodziewał się, że m.in. jego wypowiedź przyczyni się do wywołania w zespole wyjątkowej mobilizacji i sportowej złości, a autor tej niefortunnej wypowiedzi na stadionie Piasta już nigdy mile nie będzie widziany

Nowy Zarząd na czele którego wtedy stał Jacek Krzyżanowski zmienił filozofię budowania drużyny. Postanowiono wzmocnić zespół klasowymi piłkarzami w tym celu sięgnięto do klubowej kasy. Ściągnięto głównie doświadczonych i znanych z pierwszoligowych boisk graczy: Mirosława Widucha, Dariusza Solnicę i Mirosława Budkę. Z nowo pozyskanych mniej znanym, ale perspektywicznym zawodnikiem był Adam Banaś, a już w trakcie rozgrywek do zespołu dołączył Mateusz Bukowiec. Do Odry Wodzisław natomiast odszedł Jacek Gorczyca. „Gołota” czuł , że jego czas w Piaście się kończy. W rundzie wiosennej przegrał rywalizację z Krzysztofem Kozikiem. Propozycja z Odry Wodzisław spadła więc na niego jak przysłowiowa gwiazdka z nieba. Tyle, że nie było mu dane zrobić kariery w ekstraklasie. Zazwyczaj grywał w rezerwach. Po wygaśnięciu kontraktu przeniósł się do GKS Katowice. Z rolą drugiego bramkarza nie chciał też pogodzić się Marcin Grymel. Zawodnik który był związany z drużyną od „B” klasy przeniósł się do ŁTS Łabędy. Jacek Zieliński nie widział też w składzie Pałkusa i Sierki. Obydwoje znaleźli sobie nowych pracodawców.

Piast rozpoczął rundę z poślizgiem. W pierwszej kolejce gliwiczanie mieli zagrać ze Szczakowianką Jaworzno, ale spotkanie to zostało przełożone na późniejszy termin.
Inauguracyjny pojedynek ze Świtem z Nowego Dworu Mazowieckiego zakończył się wynikiem remisowym 1:1, choć już w 3 min debiutujący w Piaście Budka zdobył dla gliwiczan gola. W 78 min jednak Banaś, trafił do własnej bramki i gospodarze wyrównali. Ten młody, 23 letni wówczas obrońca wprawdzie zaliczył niefortunną interwencję, ale rozegrał bardzo dobry mecz i wydawało się, że będzie objawieniem jesieni. Tymczasem w następny spotkaniu przeciwko Górnikowi Polkowice, najbrutalniejszym meczu w tej rundzie, Banaś już w pierwszej połowie ze zwichniętym barkiem został odwieziony do szpitala. Jak się później okazało tego gracza miał prześladować prawdziwy pech. Zaraz po powrocie na boisko, a było to w meczu z Widzewem złamano mu kość jarzmową i nie zagrał już do końca sezonu. Polkowiczanie w tym samym feralnym meczu wyeliminowali jeszcze na dwa miesiące Stanisława Wróbla. Napastnik Piasta doznał wgniecenia kości policzkowej i już w 15 min zszedł z boiska. W trzeciej kolejce gliwiczanie sprawili pierwszą w tym sezonie miłą niespodziankę, pokonując na wyjeździe KSZO Ostrowiec 1:0, a zwycięską bramkę zdobył Andrzej Bednarz. W następnym meczu trzeba było jednak po raz pierwszy przełknąć gorycz porażki. Sposób na gliwicką jedenastkę znalazł Tomasz Bekas, gracz Kujawiaka. Włocławianie wygrali, mimo że kończyli mecz w 10. Potem przyszedł pamiętny pojedynek ze Szczakowianką Jaworzno. Podopieczni Jacka Zielińskiego po pierwszych 45 minutach prowadzili 2:0 (bramki: Gamla i Kukulski) ale po przerwie nieodpowiedzialne zachowanie Bednarza, który w polu karnym kopnął bez piłki zawodnika gości, za co arbiter wyrzucił go z boiska, a dodatkowo podyktował jedenastkę, którą pewnie wykorzystał Chudy. Potem goście zdobyli drugiego gola, a gdy w końcówce meczu czerwony kartonik ujrzał Kędziora marzenia o wygranej prysły jak mydlana bańka. Zupełnie inaczej odebrany został remis 1:1, wywalczony na boisku lidera w Białymstoku. 7 tysięcy ludzi brawami żegnało schodząca drużynę Piasta. Bohaterem tego spotkania został Piotr Karwan, który po rogu pokonał bramkarza. „Jagi”. W tym dniu po raz pierwszy koszulkę w niebiesko-czerwonych barwach założył też Mateusz Bukowiec, kapitan reprezentacji Polski do lat 18, wypożyczony z Zagłębia Lubin. Remis ten uratował posadę Jackowi Zielińskiemu. W przypadku innego wyniku włodarze klubu zdecydowali by się na zmianę szkoleniowca. W siódmej kolejce spotkań stało się co, czego długo kibice w Gliwicach nie mieli okazji przeżywać. Zespół Piasta dwukrotnie przegrywał z Podbeskidziem, ale fantastyczne wejście na boisko Kukulskiego, który zdobył dwa gole, a potem bramka strzelona w ostatniej minucie meczu przez Podgórskiego sprawiła , że publiczność na stadionie przy ul.. Okrzei oszalała z radości. Dodajmy, ze mecz zakończył się zwycięstwem Piasta 3:2. Bezbramkowy remis z Widzewem w Łodzi uznano jako szczęśliwy dla gospodarzy. Wybornej okazji do strzelenia zwycięskiej bramki nie wykorzystał Kukulski. Nie popisał się też sędzia, nie dyktując ewidentnego karnego dla gliwickiej jedenastki. 24.09.2005 r miało miejsce historyczne zwycięstwo. Po 46 latach Piast pokonał Zagłębie Sosnowiec 1:0, a . zwycięską bramkę zdobył Solnica. Od tego spotkania „Solny” odzyskał pewność siebie, co przełożyło się na następne trafienia. Z bezbramkowego remisu w Gdańsku z tamtejszą Lechią najbardziej niezadowolony był Jacek Zieliński – trener Piasta, ale przecież punkt wywalczony na tak trudnym terenie to cenna rzecz. Lechici zagrali w tym dniu bardzo ambitnie i wynik ten był jak najbardziej sprawiedliwy. Śląsk Wrocław po dwuletniej przerwie powrócił na boiska drugiej ligi i po 10 kolejkach plasował się na pozycji dającej mu awans do ekstraklasy. Do Gliwic wrocławianie przyjechał więc w roli faworyta, ale zostali surowo skarceni. Fantastyczne spotkanie rozegrał w tym dniu Paweł Gamla, strzelec dwóch goli. Jak zdobywa się bramki przypomniał też sobie Jarosław Kaszowski. Heko Czermno to był najbardziej egzotyczny zespół występującym w tym sezonie w II lidze i jedyny autentycznie wiejski klub na tym poziomie rozgrywek. Spotkanie to było rozgrywane przy mocnym wietrze i padającym deszczu, ale piłkarze obydwu zespołów rozgrzali publikę do czerwoności. Po pierwszej połowie prowadzili gospodarze 1:0, ale tuż po przerwie wyrównał Karwan. Miejscowi odpowiedzieli atomowym uderzeniem Treli, ale potem trafiali już tylko gliwiczanie. Do remisu doprowadził Kaszowski, a zwycięską bramkę zdobył Budka. Meczu z najsłabszym w lidze Finishparkietem - Drwęcą Nowe Miasto Lubawskie nikt wspominać mile nie będzie. Wprawdzie już w 20 min Solnica wpisał się na listę strzelców, ale potem gliwiczanie grali słabo i w drugiej odsłonie Gołębiewski strzelił gola, który dał gościom pierwszy, historyczny punkt na wyjeździe w drugoligowym meczu. Jak się później okazało remis ten nie był dziełem przypadku. Forma piłkarzy Piasta zaczęła pod koniec sezonu spadać, czego efektem była porażka w Radomiu. Wiele pretensji w tym spotkaniu można było jednak mieć do sędziego. Pan Paweł Maurek w ostatniej minucie podyktował rzut karny dla Radomiaka za rzekome zagranie ręką. Błędne decyzję arbitrom się zdarzają, ale podyktować jedenastkę po konsultacji z bocznym sędziom to mocno kontrowersyjna decyzja. Inna sprawa, że gliwiczanie przez większość tego spotkania bronili wyniku, a to przeważnie się nie opłaca. Derdy z Ruchem Chorzów stały jeszcze na bardzo wysokim poziomie i były wyjątkowo emocjonujące. Chorzowianie byli na fali i to oni chcieli wywieźć z Gliwic trzy punkty. Dwukrotnie w tym spotkaniu gospodarze musieli gonić wynik. Najpierw wyrównał Solnica, a za drugim razem, posyłając piłkę między nogami bramkarza Ruchu do remisu doprowadził Kaszowski. Drugie derby Śląska, tym razem z bytomską Polonią zgromadziły na stadionie trzy tysiące kibiców, co było rekordem frekwencji tej jesieni. Nie były one już tak emocjonujące, ale celne trafienie Solnicy na 5 minut przed końcem meczu zapewniło Piastowi trzy cenne punkty. W ostatniej kolejce spotkań niebiesko-czerwoni polegli gładko Łodzi, przegrywając z ŁKS 0:3. Porażka ta mogłaby być jeszcze wyższa, gdyby Kozik nie obronił rzutu karnego.

26 wywalczonych punktów, 19 strzelonych i 17 straconych bramek to dokładnie tyle ile wynosił plan założony na ta rundę, tyle, ze w przedsezonowych spekulacjach taka zdobycz wystarczałaby do zajęcia miejsca 8-10. Wyrównany poziom rozgrywek jednak sprawił, że zgromadzone punkty pozwoliłyby zająć miejsce w ścisłej czołówce tabel, gdyby nie fakt, że trzeba było odjąć 10 karnych oczek. Zieliński w tej rundzie opierał się głównie na sprawdzonych zawodnikach, ale szansę dostawali też młodzi i niektórzy ją wykorzystali. Przez cały sezon w miarę równą formę prezentowali Gamla, Kaszowski, Kozik, Kukulski, Michniewicz, Widuch, Zadylak i to oni stanowili szkielet drużyny. W drugiej części rundy bardzo dobrze prezentowali się Solnica i Karwan. Żyrkowski mieszał bardzo dobrą grę ze słabszymi występami. Podgórski na początku rundy grał rewelacyjnie, ale występy w kadrze narodowej nieco wybiły go z rytmu i potem było nieco gorzej. Można było także liczyć na doświadczenie Piekarskiego, ale zdarzały mu się błędy, chyba wynikające już braku szybkości. Wróbel przez większość część sezonu leczył kontuzje. Podobnie było w przypadku Banasia. Budka kilka razy pokazał, że piłkarski fach nie jest mu obcy i wie o co w futbolu chodzi, ale nie zdołał się w pełni zaaklimatyzować, stąd też większość sezonu przesiedział na ławie. Bednarz ma papiery na granie i o tym wszyscy wiedzą, ale zdarzały mu się błędy, które kosztowały zespól utratę punktów.

Kilka dni przed wigilią Bożego Narodzenia po raz kolejny nazwa Piast Gliwice zagościła na czołówkach gazet i to niestety nie z powodu spektakularnego transferu czy innego sportowego aspektu. W czwartek rano 22 grudnia małżonka Janusza Bodziocha zadzwoniła do klubu, że mąż nie zjawi się on w pracy. Zaraz potem stacje radiowe podały, że Bodzioch został zatrzymany przez wrocławską prokuraturę. Postawiono mu zarzut nakłaniania zawodników Podbeskidzia do odpuszczenia meczu w sezonie 2003/04 (Piast wygrał to spotkanie 3:0). Szumu było co niemiara. Były wiceprezes Podbeskidzia Janusz Okrzesik na łamach prasy głośno wypowiadał się jaki to Piasta jest zły, z bielszczanie biedni. Tymczasem manager Piasta opuścił areszt jeszcze przed świętami wpłacając 10 tys. zł kaucji. Z czasem okazało się, że to nie Piast kupował mecze, ale Podbeskidzie. Półtora roku później bielscy działacze ze skruchą przyznali się do ustawienia 6 spotkań. PZPN potraktował zespół z Podbeskidzia łagodnie, nakładając karę tylko 6 ujemnych punktów i grzywnę finansową. Janusz Okrzesik już jednak milczał.

W przerwie zimowej gliwiczanie nie przegrali ani jednego meczu kontrolnego. Był to pierwszy sygnał, że wiosną możemy mieć sporo powodów do radości. W marcu, tuż przed rozpoczęciem rozgrywek na specjalnej Mszy świętej, Ksiądz Stefan Zdasień powiedział do piłkarzy: „Bądźcie rycerzami wiosny, będę się za to modlił”. Słowa i modlitwa księdza Stefana bardzo się przydały, bowiem niebiesko-czerwoni zostali najlepszą drużyną w rundzie wiosennej. Piłkarze i kibice nie mogli się doczekać pierwszego meczu, ale zima nie dawała za wygraną i rozgrywki w rundzie rewanżowej rozpoczęły się z dwutygodniowym opóźnieniem. Zaczęło się od zwycięstwa 2:1 w Polkowicach nad tamtejszym Górnikiem. Pierwszą bramkę w tym meczu strzelił niedoceniony w Białymstoku, a sprowadzony do Piasta w przerwie zimowej Adam Kompała. Dobrze się więc stało, że trenerzy „Jagi” nie chcieli stawiać na tego zawodnika, bo w Gliwicach został królem środka pola. Gola na 2:1, który dał Piastowi zwycięstwo w tym meczu strzelił Krzysztof Kukulski. .Podopieczni Jacka Zielińskiego i Jana Furlepy dzięki celnemu trafieniu Kukulskiego wygrali kolejne spotkanie z ostrowieckim KSZO, skromnie, ale zasłużenie - 1:0. Klubowe władze podjęły decyzje, aby pierwszy w rundzie wiosennej mecz w Gliwicach kibice zobaczyli za darmo, przyszło więc ponad 4 tys. ludzi. Pojawiły się głosy, że stać jeszcze gliwiczan nawet na odrobienie wtedy 11 punktowej straty, ale szybko przyszło otrzeźwienie w postaci przegranej 1:3 w Bydgoszczy z nową Zawiszą. Bogusław Baniak cieszył się, ale jego sen o pierwszej lidze rozwiali pod koniec rozgrywek zawodnicy Zagłębia Sosnowiec. Honorowe trafienie w tym spotkaniu przypisujemy Pawłowi Gamli, graczowi, który przez cały sezon prezentował równą, wysoką formę. Taki zimny prysznic jednak bardzo się przydał, bo kolejnych siedmiu spotkań gliwiczanie już nie przegrali. 12 kwietnia z bagażem trzech goli wyjeżdżała z Gliwic drużyna Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. Łupem bramkowym podzielili się Kompała, Wróbel i Solnica. Sytuacja z 21 min z pojedynku z Jagiellonią Białystok na pewno do dziś śni się Jarosławowi Zadylakowi, który strzelił wtedy samobójczego gola. Takie zagranie więcej „Zadylowi” nie miało się już przytrafić i do końca rozgrywek był on pewnym punktem obrony. W 78 min Stanisław Wróbel wykorzystał jedenastkę za zagranie ręką w polu karnym i kibice i opuszczali stadion z niedosytem, ale zadowoleni. Emocjonujący był też mecz w Bielsku. Broniące się przed spadkiem Podbeskidzie walczyło ambitnie i w 44 min, po zagraniu ręką Gamli, w obrębie pola karnego, z jedenastu metrów trafił Pater. Jednak 6 min po przerwie kapitalnym uderzeniem popisał się Kompała doprowadzając do remisu. Konfrontacja ze słabiutką Szczakowianką skończyła się wynikiem 0:0 i trzeci remis z rzędu zaczął niepokoić. 29 kwietnia na stadion przy ul. Okrzei zawitał prowadzący w tabeli – łódzki Widzew. Zespół prowadzony przez Stefana Majewskiego musiał jednak przełknąć gorycz porażki. Ojcami tego niewątpliwie wielkiego sukcesu byli Jarosław Kaszowski, który wypracował bramkę Krzysztofowi Kukulskiemu, i świetnie broniący Krzysztof Kozik. Wreszcie 6 maja 2006 r. niebiesko-czerwoni pokonując na stadionie Ludowym w Sosnowcu tamtejsze Zagłębie 2:0, odnieśli nie tylko historyczne, ale i najcenniejsze zwycięstwo tej wiosny. Obydwie bramki padły po stałych fragmentach gry. Już w 5 min rzut karny wykorzystał Wróbel, a w 90 min kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Kukulski. Podopieczni Jacka Zielińskiego tracili mało goli i było to zasługą nie tylko dobrze i pewne grającej obrony, którą dyrygował Mirosław Budka, ale i pomocników. Mirosław Widuch przez cały sezon prezentował się lepiej niż dobrze. Człowiek od czarnej roboty skutecznie zniechęcał rywali do gry i konstruował akcje zaczepne. Z podań Jarosława Kaszowskiego natomiast aż 10 razy padały gole, a niektóre akcje kapitana Piasta długo jeszcze będą materiałem szkoleniowym dla młodych piłkarzy. Najwięcej bramek kibice zobaczyli 10 maja, kiedy to do Gliwic zawitała gdańska Lechia. Niebiesko-czerwoni wygrali ten pojedynek 5:1, biorąc rewanż za przegrany w 1983 r. finał Pucharu Polski. Pierwszego gola w tym meczu i w barwach Piasta zdobył Adam Banaś. Potem trafiali do siatki rywali Budka, Wróbel, Solnica, a strzelecki popis zakończył Kompała. Wraz z wynikami zmieniało się również podejście mediów, które coraz częściej brały w obronę Piasta, krytykując piłkarską centralę za tak surową karę za czyn, którego po prostu nie było. Gdyby nie to, jedenasta z Okrzei do końca walczyłaby o awans. Po efektownej wygranej z Lechią forma zaczęła jednak spadać, czego zresztą można było się spodziewać, bo nie ma takiego zespołu, który przez trzy miesiące byłby w stanie utrzymać wysoką dyspozycję. Przegrana 0:1 ze Śląskiem Wrocław na Oporowskiej była tego potwierdzeniem. Będąc w gorszej dyspozycji też jednak można wygrywać o czym przekonali się zawodnicy HEKO Czermno, którzy polegli w Gliwicach 0:2. O wygranej Piasta zdecydowały celne strzały Solnicy i Budki. Najdalszy, wiosenny wyjazd do Nowego Miasta Lubawskiego nie był zbyt udany. Zdegradowana już do II ligi Drwęca trzeci raz z rzędu urwała Piastowi punkty remisując 0:0. Przypomnijmy, że jeszcze latem 2005 Drwęca/Finishparkiet wyeliminowała Piasta z Pucharu Polski, a jesienią w Gliwicach padł wynik 1:1. Czym było bliżej końca rozgrywek, tym coraz trudniej się grało. Niewątpliwie miało na to wpływ zmęczenie. Grano praktycznie, co trzy dni i zawodnicy musieli odczuwać tego skutki. Na szczęście piłkarzy omijały poważniejsze kontuzje. Na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu przyszła najboleśniejsza porażka. Pięć celnych trafień Ruchu w Chorzowie i czerwona kartka dla Kozika nie będzie mile wspominane, ale takie rzeczy w futbolu się zdarzają i to wcale nie rzadko. Na szczęście gliwiczanie szybko się pozbierali i trzy dni później pokonali bardzo dobrze grającą wiosną Polonię Bytom 3:1, zapewniając sobie drugoligowy byt. Wszystkie gole dla jedenastki z Okrzei w tym meczu zdobył Stanisław Wróbel, który tym samym zapewnił sobie tytuł najlepszego strzelca w zespole Piasta. W meczu tym pewnie, a co najważniejsze skutecznie bronił Marcin Feć, liczono że zostanie on następca Kozika, bo już wtedy było wiadomo, że golkiper nr 1 przejdzie do Bełchatowa. Pojedynek z ŁKS był o przysłowiową pietruszkę, bowiem już wcześniej wszystko było rozstrzygnięte. Jeszcze raz żałowano ujemnych punktów, bo gdyby nie ten bolesny fakt, to mecz z łódzką drużyną byłby spotkaniem, który decydowałby o bezpośrednim awansie. Kaszowski wspólnie z Kukulskim zwyciężyli w klasyfikację na najwszechstronniejszego piłkarza (13 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej). Gdyby nie czerwień Kozika, zostałby on wybrany najlepszym graczem w II lidze w klasyfikacji „srebrnych butów”. 58 wywalczonych punktów, 44 strzelone i 33 stracone gole to świetny wynik, ale są i mniej jasne strony tego sukcesu. Aby zdobyć wystarczająca ilość oczek do realizacji zamierzonego planu trenerzy głównie stawiali na doświadczonych zawodników , prawie że nie dając szans młodszym piłkarzom, w tym naszym reprezentantom kraju. Żyrkowski, Janczarek, Podgórski, Krzycki głownie grywali w rezerwach, a Podgórski wchodził wiosną na zmiany. Grając w V lidze rozwinąć się raczej nie da. Pretensji do szkoleniowców oczywiście za to mieć nie można. Winny głównie jest system, atrakcyjny dla kibiców, ale nie sprzyjający promowaniu wychowanków. W przyszły sezonie w II lidze wystąpi aż 7 nowych zespołów, a byłoby ich 8 , gdyby nie wycofanie się Amiki z rozgrywek ekstraklasy. Efekt braku własnych piłkarzy w klubach przełożył się na reprezentację, która z Mistrzostw Świata z Niemczech wróciła z niechlubną etykietką jednej z najsłabszych drużyn tego mundialu.