Było ich trzech braci: Piotr, Gerard i Egon. Nie mogli żyć bez sportu, ale też przez dłuższy czas nie potrafili sobie w nim znaleźć miejsca. Próbowali kilku dyscyplin, ostatecznie pozostali przy szermierce. W tych latach młodzieńczych przygód, Egon był z nich najbardziej nieśmiały, pozostawał w cieniu braci, pozwalał się im kierować. Namówili go do treningów w sekcji szermierczej Piasta. Trenował, ale bez większego zapału. Po jakimś czasie zrezygnował i szukał szczęścia na boisku piłkarskim. Potem znów bracia przekonali go do szermierki i tak wrócił na planszę. Tu dostrzegł jego talent Antoni Franz. Poza pracą na treningach, prowadził z nim przyjacielskie rozmowy, opowiadał o karierach sportowych, o wielkich mistrzach i drodze do sukcesu. Nie snuł przed młodym adeptem szermierki mistrzowskich miraży, ale mówił o trudnej drodze do mistrzostwa, o pracy jaka go czeka i był bardzo wymagający na zajęciach. Franke pracował z uporem i był najbardziej pojętnym uczniem fechtmistrza Franza. Ten zadowolony był z postępów swego ucznia, stawiał mu jednak coraz wyższe i trudniejsze wymagania. Wreszcie po 4 latach pracy przyszedł pierwszy sukces: tytuł Mistrza Polski juniorów we florecie i wyjazd na mistrzostwa świata do Budapesztu. Krajowi fachowcy zachwycali się techniką Egona. Może nie walczył on tak efektownie jak nieco starsi od niego, sławni już w Europie szabliści, ale pod okiem Franza do perfekcji opanował swą ulubioną .broń, doszedł do mistrzowskiego nią władania. Pod koniec 1955 roku Franke powołany został do wojska. Był wzorowym żołnierzem, do domu zaczęły napływać listy z pochwałami. Za dobre wyniki w szkoleniu, przeniesiony został do warszawskiej Legii. Tu trenował pod okiem Andrzeja Przeżdzieckiego, zdobywając w 1956 roku tytuł wicemistrza Polski i wygrywając jeden z turniejów eliminacyjnych po barażu z Rydzem i Twardokensem. Jesienią 1957 r. Franke wrócił do Gliwic. Jego trenerem zostaje Zbigniew Czajkowski. Pracują całymi godzinami, nowy fechtmistrz jest bardzo wymagający, widząc w młodym, szczupłym a wysokim floreciście przyszłego mistrza. Efekt - ćwierćfinał turnieju floretowego na Festiwalu Młodzieży w Moskwie. Floret polski przeżywał wtedy okres wielkich przemian. Odchodzili starzy mistrzowie, którzy w światowej szermierce nie zdziałali dużo, przychodziła cała plejada młodych, przed którymi była przyszłość. Co ważniejsze, zaczęto również na florecistów zwracać coraz większą uwagę, zrównując ich z faworyzowanymi dotąd szablistami. Wśród kandydatów do drużyny na mistrzostwa świata w 1959 roku w Budapeszcie, znalazł się również Franke. Musiał dzielnie się trzymać, by sprostać wielkiej rywalizacji z Parulskim, Woydą, Różyckim, Nielabą. Nagła niedyspozycja i operacja wyrostka robaczkowego pokrzyżowała mu plany. Na szpitalnym łóżku liczył dni i godziny dzielące go od wyjazdu, martwił się czy odrobi zaległości. Odrobił i wyjechał. nad Dunaj. Zespół osiągnął półfinał, a więc najlepszy wynik w dziejach tej broni, Indywidualnie Franke odpadł w ćwierćfinale. To już coś było; z jeszcze większym zapałem cała piątka florecistów zabrała się do pracy, jej wynikiem było 5 miejsce na Igrzyskach olimpijskich w Rzymie (rok 1960). W półfinale Polska przegrała po zaciętej walce z ZSRR - 6:9, podczas gdy dwa dni wcześniej na treningu te sam zespół pokonał Rosjan 9:3. W. 1961 roku na mistrzostwach Świata w Turynie przyszedł wielki sukces - brązowy medal w klasyfikacji drużynowej a indywidualnie 9 miejsce. Te mistrzostwa utkwiły Egonowi dobrze w pamięci, bo któż nie pamięta pierwszego medalu, tym bardziej jeśli nim jest krążek z mistrzostw świata. Nie oto jednak idzie. Franke był o krok od finału turnieju indywidualnego. Los tak zrzędził, iż dwaj Polacy: Franke i Woyda spotkali się w jednym z półfinałów. Uzyskali identyczną ilość zwycięstw i o awansie miał decydować barażowy pojedynek. Że akurat musiał to być Woyda! Walka dramatyczna i nerwowa, przegrał ją Egon 3:5. Do rewanżu doszło na mistrzostwach Polski w 1962 r., i wtedy tytuł powędrował już do Gliwic. To było wielkie święto w rodzinie Frankego i w macierzystym klubie. Nie wiedziano jeszcze wtedy, że z dalekiego Buenos Aires Egon przywiezie drugi brązowy medal Mistrzostw Świata, za trzecie miejsce drużyny floretowej. Te nagłe i nieoczekiwane sukcesy, zwróciły uwagę całego świata na polskich florecistów, uważano ich za faworytów mistrzostw świata w Gdańsku, Egon Franke stawiany był w równym rzędzie z najznakomitszymi szermierzami świata, upatrywano w nim faworyta w Gdańsku. Przed tymi zawodami Franke mówił „Była jeszcze mała powinność krajowa, turniej o tytuł najlepszego florecisty w kraju. Czułem się znakomicie, wierzyłem w obronę zdobytego przed rokiem tytułu. Do finału zakwalifikowałem się łatwo. Finał rozpocząłem walką z najgroźniejszym Woydą. Pojedynek obfitował w wiele błyskotliwych akcji, spięć i fleszy. W pewnym momencie odczułem ból w oku. Floret przeciwnika przebił maskę i drasnął mi gałkę oczną. Oczywiście dalsze walki oglądałem z trybun, dobrze że tak się skończyło. Wkrótce mogłem stanąć na planszy już podczas Mistrzostw Świata”.
Mistrzostwa te złotymi zgłoskami zapisały się w historii polskiej szermierki. Była to jedna z najpiękniejszych imprez zorganizowanych w naszym kraju, w dodatku zawody, w których sięgnęliśmy po największe trofeum – „Puchar Narodów” za zwycięstwo w klasyfikacji wszystkich broni. Na sukces ten w niemałym stopniu zapracowali floreciści, a wśród nich Egon Franke. Przez pierwszą turę eliminacji przebrnął z jedną porażkę, w II turze przegrał dwie walki, by znaleźć się wśród 32 zawodników walczących od tego momentu systemem pucharowym. Franke najpierw pokonał Mehla (NRF) 10:6, potem wygrał z Pascery (Węgry) 10:4, by w przepięknym pojedynku z Revenu (Francja), wygranym 10:9 zapewnić sobie miejsce w finałowej ,,4" walczącej o medale. Midler (ZSRR) w tym dniu się nie liczył, przegrał wszystkie trzy pojedynki. Na placu boju pozostali więc dwaj Polacy: Parulski i Franke oraz Magnan (Francja). Franke przegrał z Parulskim 1:5,. ale zwyciężył z Francuzem 5:4, podczas gdy Magnan pokonał Pakulskiego 5:2. Była to sensacja! Następuje baraż i teraz Franke wygrywa z Parulskim 5:2; i zwycięża Magnana 5:4, który pokonuje Egona 5:4. Wśród działaczy konsternacja. Proponuje się całej trójce przyznać złote medale o ile dogrywka nie da rezultatu. Ale Franke jest zupełnie wyczerpany wielogodzinną walką. Gładko przegrywa zarówno z Magnanem 0:5, jak i Parulskim 2:5. Gliwiczaninowi przypada więc w udziale brązowy medal, podczas gdy Parulski zdobył srebro, a Magnan - złoto.
Dobre lokaty Polaków napawały optymizmem przed turniejem drużynowym. Polska wygrała z Luksemburgiem 13:3, następnie wyeliminowała Wielką Brytanię 9:4, w półfinale pokonała Francję 9:7, a mecz finałowy z ZSRR zakończył się. remisem. 8:8, jednak złoty medal zdobyli Rosjanie dzięki zadaniu jednego trafienia więcej (60:59). A więc nowy sukces, srebrny medal powiększa dorobek Egona Franke. W 1963 roku stał się posiadaczem jednego srebrnego i trzech brązowych krążków, do kolekcji brakował mu złoty i medal olimpijski.

2.2. Egon Franke – Mistrzem Olimpijskim!

W październiku 1964 roku Egon Franke wywalczył na Igrzyskach w Tokio pierwszy w historii polskiej szermierki złoty medal olimpijski. Był to jednocześnie pierwszy medal przywieziony z Igrzysk przez gliwiczanina. Mimo że od tamtej pory minęło ponad 40 lat, Zbigniew Czajkowski, trenera polskich olimpijczyków i Egona Franke doskonale pamięta dni poprzedzające turniej i finałową walkę. Przenieśmy się w czasie do tych pamiętnych dni.
„Przedolimpijski plan przygotowań. zawierał cele. zadania, środki metodyczne. obciążenia. rodzaje i kierunki, lekcji, zadania szkoleniowe i wynikowe na 1964 rok, plan udziału w zawodach, etc. Urzeczywistnienie tego planu napotkało na spore trudności, ponieważ w tym przedolimpijskim okresie Egon miał dwa pogrzeby w rodzinie, potem długo chorował, dopiero stosunkowo późno mógł zacząć intensywnie ćwiczyć. Mimo tych kłopotów i słabszych wyników przez dłuższy okres czasu, Egon stopniowo przychodził do siebie i udało mu się zakwalifikować do drużyny olimpijskiej, a tuż przed Igrzyskami wykazał znaczną zwyżkę formy. W Tokio przez dwa tygodnie jeszcze przed zawodami intensywnie ćwiczyliśmy, a Franke czuł się coraz lepiej i coraz lepiej walczył. W wolnych chwilach zwiedzaliśmy ogromną i nader egzotyczną metropolię. Egon jedynie nieco cierpiał kiedy "na siłę" zabierałem go do teatru na japońskie "Kabuki", którym byłem oczarowany. Egon ma znakomite poczucie humoru i po przedstawieniach "Kabuki" świetnie parodiował gesty i okrzyki japońskich aktorów samurajów. Dni pobytu w Tokio mijały szybko i wreszcie nadszedł czas, kiedy musiałem zgłosić trzech florecistów do turnieju indywidualnego. Zgodnie z moją oceną formy zgłosiłem w Kierownictwie Technicznym R. Parulskiego, W. Woydę, i E. Frankego. Moja decyzja o wystawieniu Egona do mistrzostw indywidualnych wywołała burzę protestów i nader nieprzychylnych komentarzy. Wiele osób uważało, że była to decyzja nieobiektywna i niesprawiedliwa z uwagi na słabsze wyniki Egona w pierwszej połowie roku. Jeden z dziennikarzy z Warszawy przysłał nawet telegram "protestacyjny" do kierownictwa naszej reprezentacji olimpijskiej. Na szczęście, kierownik ekipy, sekretarz PKOL Tomasz Lempart zaufał mi, a po zdobyciu przez Egona złotego medalu, serdecznie mi gratulował, nie tylko wyniku, ale odważnej i stanowczej postawy. Przypomniało mi się wówczas trafne i dowcipne powiedzenie Jana Mulaka, że decyzje trenera nie muszą być sprawiedliwe, decyzje muszą być słuszne. O trafności i prawdziwości tego twierdzenia przekonałem się wiele razy. W przeddzień rozgrywek indywidualnych we florecie przeprowadziłem wieczorem, w kuchni naszego domku w wiosce olimpijskiej lekcję z Egonem. Egon "robił" znakomicie - precyzyjne prowadzenie broni, szybkość decyzji i wykonanie, błyskawiczna orientacja i świetny nastrój. Powiedziałem mu wówczas, że zadowolony będę tylko ze złota. Trzynastego października rozpoczęły się rozgrywki we florecie indywidualnym. Przeprowadziłem lekcje rozgrzewkowe z trójką naszych zawodników. Wszyscy pewnie przeszli pierwszą eliminację w grupach. Egon w grupie pokonał gładko dwóch byłych mistrzów świata - Węgra Gyuritsć i Anglika Allana Jaya oraz słabszych nieco zawodników, Koreańczyka i Argentyńczyka. Ostatnią walkę w grupie przegrał niespodziewanie z Japończykiem Muno. Witek Woyda i Rysiek Parulski też mieli po jednej porażce. Druga kolejka eliminacji w grupach zaczęła się dla Egona niedobrze, przegrał bowiem z Egipcjaninem i Markiem Midlerem po 4:5. Był wolny, walczył ospale i nie mógł się pobudzić. Poradziłem Egonowi przemycie twarzy zimną wodą, przeprowadzenie dodatkowej rozgrzewki, co poskutkowało. Następne walki wygrał pewnie i bez żadnych trudności, ale przeżywałem już "chwile grozy". Witek Woyda też zaczął źle, ale przeszedł do dalszych rozgrywek. Mistrz świata z Turynu i wicemistrz z Gdańska - Ryszard Parulski odniósł tylko dwa zwycięstwa i po dogrywce odpadł z dalszych walk. Była to bardzo przykra niespodzianka i nie­przyjemny wstrząs. Z pierwszej kolejki eliminacji bezpośredniej, na podstawie dobrego rozstawienia, zwolnieni są Franke i Woyda, czyli rozpoczynają walki od razu w szesnastce. Witold Woyda nie może jakoś sobie poradzić z wysokim, długorękim świetnym florecistą francuskim Danielem Revenu i ku naszemu przykremu zaskoczeniu gładko przegrywa Z trójki florecistów został nam już tylko Egon. Na jego drodze stanął weteran szermierczych plansz, 44–letni zawodnik z USA, który na "stare lata" osiągnął świetną formę. Prowadzi cały czas Axelrod, Egon wyrównał na 7:7, ale bardzo szybki Amerykanin znowu wyszedł na prowadzenie 9:7. Jeszcze jedno trafienie u Egona i koniec marzeń o dobrym wyniku. Egon jednakże wyrównuje do stanu 9:9, poczym decyduje się na śmiałe i złożone działanie: szóste wiązanie, zwód pchnięcia dołem i pchnięcie wyminięciem górą z krokiem wypadem i... trafia! Oddychamy z ulgą, Egon jest już w ósemce. W walce o finałową czwórkę wygrywa gładko ze znakomitym Hoekynsem 10:4, pokazując świetną technikę, wielkie bogactwo różnych działań, polot i odwagę. Finał z czterech zawodników ma być rozgrywany następnego dnia wieczorem. W miłym nastroju wracamy do wioski olimpijskiej, gdzie na domku kierownictwa wita nas napis "Vivat Franke! - czekamy na złoto!". Następnego dnia przed południem sędziowałem walki florecistek, z czego byłem zadowolony, bo skupiając się na sędziowaniu mniej denerwowałem się mającym nastąpić finałem florecistów. Po południu przeprowadziłem lekcję rozgrzewkową z Egonem (przykładał on wielkie znaczenie do lekcji indywidualnej, a ja w lekcji. starałem się m.in. wpływać na jego nastrój oraz motywację i poziom pobudzenia). Rozpoczął się wielki finał. W pierwszej walce Magnan wygrał ze swym rodakiem Revenu 5:3, a Egon łatwo i wysoko pokonał zeszłorocznego mistrza szpady Austriaka Loserta 5:1. Dobry początek, medal brązowy jest już prawie pewny. Z Losertem wygrywa również Magnan 5:2 i teraz Franke staje do walki z Revenu. Pierwszy trafia Francuz, ale Egon zadaje kolejno trzy trafienia i jest 3:1! W zaciętym pojedynku dochodzi do stanu 4:4. Meczące napięcie, wreszcie Egon zadaje rozstrzygające trafienie. Brawo! Jest już srebrny medal. Revenu bije następnie Logerta i do decydującej o złotym medalu walki stają Franke i Magnan. obaj świetni szermierze o doskonalej technice, dużej szybkości i różnorodności działań zarówno obronnych jak i zaczepnych. W sali nabitej widzami wielka cisza i napięcie. Dla nas bardzo mile jest to, że sądząc po oklaskach i reakcjach widowni podczas poprzednich walk - sympatia widzów jest po stronie Polaka. Staram się być spokojny i opanowany. ale w głębi duszy jestem bardzo podniecony i czuję jak kropelki potu spływają mi po twarzy i plecach. Obok innie siedzi Andrzej Przeździecki i zapewnia mnie. że Egon wygra. Tuż po .rozpoczęciu walki Egon prowadzi 3:0! Widzowie biją brawo, Andrzej Przeździecki mówi ,.No. chyba już mamy złoto". Ale Magnan nie daje za wygraną, zadaje dwa trafienia i jest 3:2. odpowiedź Egona i jest 4:2. Magnan jednak wyrównuje do stanu 4:4. Przeżywamy ogromne emocje, chociaż wierzę, że Egon wygra. Obaj zawodnicy walczą teraz z nadzwyczajnym skupieniem, ale Egonowi udaje się wychwycić krótką chwilę obniżenia uwagi swego przeciwnika, wykonuje błyskawiczne natarcie proste z wypadem. Magnan całkowicie zaskoczony ani drgnął. Na wyświetlaczu zapaliło się jedno światełko, po stronie Francuza. Egon zerwał maskę i bardzo dokładnie, niespiesznie zaczął wykonywać ukłon szermierczy. Magnan podszedł do niego i podał mu rękę. Jest zloty medal, pierwszy zloty medal w dziejach naszej szermierki! W naszym obozie szal radości, podbiegamy do Egona i rzucamy go do góry. .Jest to wielka nagroda za lata żmudnego wysiłku i pokonywania trudności i przeszkód (m.in. choroby, wypadki itd.). Powstał spory tumult W1odzimierz Reczek, prezes FIE de Capriles (wielki przyjaciel polskiej szermierki), trenerzy i zawodnicy, nasi i obcy, tłoczą się składając gratulację. Mamy wielką satysfakcję, tym bardziej, że zwycięstwo zostało odniesione po zaciętej, wyrównanej walce ze świetnym przeciwnikiem. Claude Magnan okazał się wielkim sportowcem i w wywiadach podkreślał zalety Egona i jego dżentelmeńską postawę na planszy. Dzisiaj, niestety jest coraz mniej takich rycerskich gestów”
Następnego dnia do wioski olimpijskiej napłynęły liczne telegramy, m.in. od GKS "Piast", Huty l-go Maja z Gliwic, miejskich, wojewódzkich i sportowych władz Gliwic i województwa z gratulacjami i życzeniami powodzenia w zawodach drużynowych
15 października rozpoczęły się walki drużynowe. Polacy odnieśli pewne zwycięstwa nad ekipami Australii, Wielkiej Brytanii Następnego dnia odbyło się finałowe spotkanie o zloty medal z drużyną Związku Radzieckiego. Była wielka pompa, Polacy nie rozpoczęli jednak zbyt udani. ZSRR prowadziło 3:1. W przedostatniej walce jednak tylko jedno trafienie dzieliło polaków od złotego medalu w turnieju drużynowym. Niestety Parulski przegrał i losy złotego medalu miały się rozstrzygnąć w pojedynku Franke - Sysskin. Egon prowadził już 4:2, brakowało jednego pchnięcia, niestety, Rosjanin zadał trzy i to reprezentacja ZSRR mogła się cieszyć z sukcesu drużynowego.
„Stanąłem od pojedynku z Syskinem jakiś zdekoncentrowany, kompletnie obojętny” - wspomina Franke. – "Przyszło nagle odprężenie po olbrzymim skupieniu, jakie kosztował mnie turniej indywidualny. Ale początkowo szło mi dobrze i prowadziłem. Jedno trafienie dzieliło drużynę od złotego medalu. Zamiast ryzykować rzut, wyczekiwałem i to mnie zgubiło. Rosjanin walczył odważnie i ambitnie, trafił mnie trzy razy z rzędu. Trzecie trafienie nie było czyste. Trafiliśmy równocześnie i to nie ulegało wątpliwości. Węgierski sędzia był innego zdania; przyznał trafienie Rosjaninowi. Nasze protesty na nic się nie zdały". Teraz można było pomyśleć o zwiedzaniu miasta, o rodzinie, wysłać kartki i listy, poczynić zakupy upominków. Nie trzeba było daleko chodzić; wszystko znajdowało się na terenie wioski olimpijskiej. A więc poczta, punkty usługowe, dom towarowy, zaopatrzony był we wszystko - od maleńkiej pamiątki po najdroższe tranzystory i wymyślne telewizory. Olimpijczycy mieli tu zniżkę, ale jeszcze taniej można było kupić w małych sklepikach Tokio. I tak dobiegały końca olimpijskie dni. Trzeba było myśleć o powrocie do kraju, a najsmutniejsze są chwile pożegnań - mówi piosenka. W Tokio towarzyszyła szermierzom 19.1etnia Japoneczka, która zaprzyjaźniła się z nami bardzo, przeżywała każdą walkę, dopingowała nas do utraty sił. Przy pożegnaniu stała w porcie przerzucając do nas różnokolorowe wstążki. Tyle wstążek, ilu nas było. Na te ostatnie chwile łączyła się jeszcze więzami wstążek z całą naszą grupą. Kiedy statek odpływał, oddalał się, dokonywała cudów zręczności, przedłużając wstążki, by jak najdłużej utrzymać z nami kontakt. Mam przed oczyma zapłakaną twarz naszej opiekunki... Dwa i pół dnia płynęliśmy do Nachotki, potem expresem do Chabarowska. Z 20-stopniowego upału w Tokio - do 15 stopni mrozu. Dalsza podróż - samolotem do Moskwy. Wystartowaliśmy w Chabarowsku o godzinie 19,30 w Moskwie była, godzina 21,30. Przelot trwał 8 godzin, odzyskaliśmy więc stracony nad Biegunem dzień. Skok do Warszawy i... wlokąca się podróż pociągiem do Gliwic. Nareszcie w domu!...
Wiadomość o powrocie olimpijczyków z Tokio rozeszła się po Gliwicach lotem błyskawicy. Na .dworcu kolejowym trudno było znaleźć miejsce. Wreszcie, gdy warszawski Express wtoczył się na peron, a w drzwiach jednego z wagonów ukazał się Franke; tłum młodzieży eksplodował „Niech nam żyje mistrz olimpijski"! Po peronach, na ulice miasta niosło się echo: "Niech żyje, niech żyje". W jednej chwili porwano znakomitego szermierza na ramiona i triumfalnie zaniesiono przed gmach dworca. Tam, z prowizorycznie skonstruowanej trybuny musiał opowiadać o Tokio, pokazywać medale - precyzyjnie wykonane krążki, złoty i srebrny, zawieszone na wstędze o barwach olimpijskich (5 kolorów: czerwony, niebieski, żółty, zielony i czarny - na białym tle). Złoty - za sukces indywidualny, srebrny - za drugie miejsce w turnieju drużynowym. Franke przywiózł z Tokio jeszcze jeden medal - za tytuły mistrza świata, ponieważ turniej olimpijski był równocześnie mistrzostwami świata. Potem uformował się pochód, prowadzony przez orkiestrę huty ,,1 Maja" i chłopców niosących transparent „Gliwice witają mistrza olimpijskiego - Egona Franke". Pochód przemaszerował głównymi ulicami do świetlicy klubowej, gdzie odbyło się pierwsze olimpijskie spotkanie...
Złoto indywidualnie i srebro w drużynie, to przecież ogromny sukces. Niejako w cieniu tych sukcesów walczyli szpadziści, a w tej kategorii broni, barw Piasta i zarazem Polski bronili m.in. Bogdan Gonsior i Mikołaj Pac Pomarnacki. Indywidualne Gonsior był piąty. W drużynie także polska szpada uplasował się na 5 miejscu.


Egon Franke w finałowej walce


Egton Franke po prawej stronie po zadaniu ostatniego trafienia


Egon Franke w powietrzu


Zdjecia pochodzą z prywatnych archiwów Prof. Zbigniewa Czajkowskiego i Piotra Tomali