Sławni piłkarze Piasta

Robert Gruner (Gronowski) , pierwszy gliwiczanin w reprezentacji Polski

Przerwa zimowa to najlepszy okres, aby przypomnieć kibicom wybitnych piłkarzy i działaczy Piasta. Publikacją o pierwszym reprezentancie Polski wywodzącym się z Gliwic i Piasta rozpoczynam serię artykułów w których chciałby, szczególnie młodszym kibicom przedstawić sylwetki tych, co tworzyli historię naszego klubu. 23 lutego 1947 piłkarska centrala zadecydowała o utworzeniu ligi państwowej. Polonia i Szombierki Bytom zostały zakwalifikowane do rozgrywek na szczeblu ogólnopolskim, Piastowi ubyło więc dwóch groźnych rywali. Efekt był taki, że w rozgrywkach „A” klasy gliwiczanie nie mieli sobie równych. W 9 spotkaniach niebiesko-czerwoni tylko raz zremisowali, pozostałe mecze zdecydowanie wygrywając. Uzyskany bilans bramkowy 33:3 nawet dziś robi wrażenie. Drużyna grała wtedy w składzie: Stanisław Zięba, Feliks Kałużny, Karol Dziwisz IV, Marian Prajsner, Stanisław Beliczyński, Paweł Piechura, Józef Dmytrow III, Wilhelm Malucha, Robert Gruner (Gronowski I), Karol Nowak i Henryk Mączka.

Do dziś uważa się, że był to najsilniejszy team Piasta w tej pierwszej dekadzie istnienia. Efektem świetnej gry były powołania do reprezentacji Śląska Opolskiego. Dostali je Zięba, Dziwisz IV, Prajsner, Piechura, Malucha, Nowak i R. Gruner (Gronowski). Ten ostatni w sierpniowym plebiscycie „Sportu” został uznany za trzeciego w Polsce środkowego napastnika, czego konsekwencją było powołanie do kadry Polski.

Bracia Gronowscy tworzyli historię Piasta , a potem Lechii Gdańsk

Robert Gruner (Gronowski) ur. się w Gliwicach 13.05.1926. Przed wojną był zawodnikiem SpVgg Vorwärts Rasensport Gleiwitz, gdzie rozegrał dwa nieoficjalne mecze). W lipcu 1944 został wcielony do Wehrmachtu. W kwietniu 1945 dostał się do francuskiej niewoli w Renes, gdzie przebywał aż do 21.12.1946.). Na debiut w reprezentacji Robert Gronowski czekał jednak do 1953 roku. Broniąc już barw Lechii (Budowlani) Gdańsk, w Tiranie wystąpił w przegranym 0:2 meczu przeciwko Albanii. W latach 1961-63 grał w Polonii Melbourne. W 1958 r. uzyskał tytuł instruktora piłki nożnej. Pierwszym jego klubem w karierze szkoleniowca był KS Janków Gdańsk (C-klasa), potem trenował młodzież w Polonii Gdańsk 61, a 1963 już w Australii prowadził Polonię Melbourne, po powrocie do Polski była BKS Lechia Gdańsk (liga okręgowa) i Stocznia Płn. Zmarł w Hamburgu 24.02.1994 r. Gronowski otwiera listę zawodników, którzy wybili się w Piaście, a potem mieli zaszczyt założyć koszulkę z Białym Orłem na piersiach.

Pierwsze miejsce ówcześnie dało jedenastce z Robotniczej kolejną szansę gry o ekstraklasę. Zaczęło się od pogromu 8:2 Victorii Wałbrzych (3 gole Gronowskiego), ale już w następnym meczu gliwiczanie ulegli Sarmacji Będzin 0:3. Marzenia na awans prysły po dramatycznym i zarazem świetnym meczu z Ruchem w Chorzowie. Po pierwszej połowie prowadzili niebiescy 3:2. Po przerwie Piast doprowadził do stanu 4:4 (gol Mączki). Ostatniej bramki arbiter jednak nie uznał i zarówno na boisku jak i trybunach rozpętała się burza. Porządkowi przez długi czas nie potrafili uspokoić zarówno graczy jak i krewkich kibiców. W konsekwencji Mączka został usunięty z boiska i gliwiczanie kończyli to spotkanie w 10. W rewanżu Piast przegrał 1:5 i zakończył rozgrywki na drugim miejscu.

Z Brychczym w składzie

W 1953 r. nowym sternikiem klubu został były bramkarz Piasta – Mieczysław Środziński. Po kolejnej reorganizacji rozgrywek piłkarze zakwalifikowali się do nowo utworzonej katowickiej ligi wojewódzkiej, która po śmierci generalissimusa zmieniła nazwę na stalinogrodzką (stolica naszego województwa przez trzy lata nosiła nazwę Stalinogród). Zwycięzcy dwóch lig wojewódzkich (katowickiej i krakowskiej) oraz sześciu lig międzywojewódzkich (warszawskiej, gdańskiej, poznańskiej, wrocławskiej, rzeszowskiej i łódzkiej) mieli walczyć o trzy miejsca w II lidze.

Do III ligi katowickiej zakwalifikowano 14 drużyn z województwa katowickiego (bez Częstochowy), w tym „Stal” GZUT Gliwice. 1 marca 1953 r. w debiucie w III lidze, podopieczni Edwarda Metzgera w meczu wyjazdowym dość gładko ulegli Górnikom z Radzionkowa 0:3 (0:1). Pierwsze zwycięstwo miało miejsce 15 marca w pojedynku przeciwko Stali Rybnik, jednak zespół z Rybnika po 23 kolejkach wycofał się z rozgrywek i wynik ten potem anulowano. Ostatecznie sezon gliwiczanie zakończyli na 4 miejscu z dorobkiem 26 pkt. i stosunkiem goli 49:55. W pierwszym roku gry w III lidze pojawiła się grupa zawodników, którzy potem przez lata będą stanowić trzon zespołu Piasta (Ryszard Majka rozegrał w III lidze grubo ponad 60 spotkań, a po awansie do II ligi dorzuci jeszcze 168 występów). Jerzy Cich zostanie wybitnym trenerem i wychowa wielu znakomitych zawodników.

W meczach o mistrzostwo III ligi wystąpili: Mieczysław Wieczorkowski (25), Franciszek Stein (1). Jerzy Kacy (26), Teodor Kowacz (26), Henryk Laska (25), Jerzy Cich (12), Hubert Świerkot (20), Paweł Cyroń (25), Edward Muzyczka (2), Bernard Kiełbasa (26), Joachim Kopicera (26), Włodzimierz Dziukiewicz (16), Emil Kowiński (4), Rydalski (4), Szega (1) Wolowski (16), Alojzy Czypionka (5), Ryszard Majka (26)

Z Brychczym w składzie

Po zakończeniu sezonu do drużyny przybyło kilku nowych zawodników, którzy mieli wzmocnić zespół. W barwach Stali (Piasta) pojawili się Robert God, Hubert Świerkot, Kazimierz Standio i najsłynniejszy z nich wszystkich Lucjan Brychczy. Ten niewielkiego wzrostu napastnik do „Stali” trafił z Motoru Łabędy. Lucjan Brychczy urodził się 13 czerwca 1934 roku w Nowym Bytomiu. Pierwsze kroki na piłkarskim boisku stawiał w swej rodzinnej miejscowości. Jest wychowankiem Pogoni, w której grał w latach 1945-48. Kolejne 5 lat spędził w Stali (Motorze Łabędy). Do dziś uważany jest za najwybitniejszego piłkarza tego klubu.

Już jako nastolatek Brychczy grywał w reprezentacji Śląska zdobywając w niej bramki. W 1953 r. trafił do kadry narodowej, która 20 września pod firmą Warszawy zagrała przeciwko Tiranie (w rzeczywistości reprezentacji Albanii). Po raz pierwszy w reprezentacji „B” Brychczy wystąpił w Pardubicach 14.05.1954 przeciwko Czechosłowacji „B”. Marzyła mu się gra w Ruchu Chorzów, potem w Zagłębiu Sosnowiec. Wątpliwości jednak rozwiała Armia i w 1954 r. dostał powołanie do Legii Warszawa. Po zakończeniu służby wojskowej Brychczy chciał wrócić na Śląsk, do Piasta, który z radością informował, że Brychczy „już podpisał zgłoszenie” lub do Górnika Zabrze. Podobno w jego sprawie interweniował nawet sam Edward Gierek, ale wojsko okazało się silniejsze i Brychczy na resztę swojego życia związał się z Warszawą. W 1959 r. zagrał przeciwko reprezentacji Hiszpanii. Mimo że po murawie biegały takie sławy futbolu jak: di Stefano, Suareza czy Gento to właśnie Brychczy był autorem najładniejszej bramki, gdy piętą pokonał bramkarza Ramalletsa. Chciał go Real Madryt, SC Charleroi z Belgii, były propozycje z USA oraz Australii. Był jednak oficerem WP i wyjazd nie wchodził w rachubę. Z boiskiem pożegnał się mając 38 lat, do dziś pracuje w Legii Warszawa.

Kariera sportowa
W Stali (Motorze) Łabędy Lucjan Brychczy grał w latach 1948-53. W 1954 r. na krótko trafił do Piasta Gliwice, zaś 12 września 1954 roku zadebiutował w drużynie CWKS Warszawa (późniejsza Legia), w meczu z Ruchem Chorzów.

Lucjan Brychczy po prawej, foto Michał Chwieduk

 

W warszawskim klubie grał do końca swej wspaniałej kariery. W ciągu 19 sezonów strzelił 182 gole w 368 meczach ligowych; 4-krotnie zdobył mistrzostwo Polski, w latach 1955, 1956, 1969 i 1970. W latach 1957, 1964 i 1965 był królem strzelców polskiej ekstraklasy. Ostatni mecz ligowy zagrał 12 marca 1972 roku.

Również 4-krotnie wywalczył Puchar Polski; w tych rozgrywkach zagrał 47 meczów i 36 razy trafił do siatki rywali. Rozegrał 12 spotkań w Pucharze Mistrzów Krajowych, wpisując się 5-krotnie na listę strzelców. Grał także w Pucharze Zdobywców Pucharów (9 meczów, 2 bramki), w Pucharze UEFA (10 meczów, 1 bramka) i Pucharze Intertoto (6 razy).

Ogółem w wojskowym klubie wystąpił 452 razy i zdobył 227 goli.

Od 1954 roku, przez 13 lat przywdziewał reprezentacyjną koszulkę. Grał niemal w każdym meczu drużyny narodowej, wielokrotnie pełniąc funkcję kapitana. W pierwszej reprezentacji Polski rozegrał 58 meczów, strzelając w nich 18 bramek. W 1960 roku był olimpijczykiem w Rzymie. Przylgnął do Lucjana Brychcego pseudonim „Kici”, nadany mu przez Węgrów, a oznaczający w ich języku „Mały”. Miał bowiem tylko 166 cm wzrostu, ale zadziwiał kibiców błyskotliwą techniką dorównując najlepszym wówczas piłkarzom Europy.
Wywiad

– Kto w dzieciństwie zaprowadził pana do klubu?

– Nikt. Ja się zgłosiłem najpierw do sekcji bokserskiej. Bez wiedzy rodziców. Byłem dobry ruchowo, brałem nawet udział w pokazowych walkach. Ale rodzice się dowiedzieli i nie mogłem już dłużej boksować.

– Zaczął pan więc kopać piłkę.

– Tak to było moje ulubione zajęcie. Bo czułem, że umiem to robić, bo łatwo mi wszystko wychodziło. Poszedłem z kolegami na trening, ale bez jakiejś wiary. Do tamtej pory grałem tylko na podwórku. Komuś jednak wpadłem w oko. Miałem talent, miałem to coś, byłem zwinny i zwrotny. Przecież nie wzięli mnie za warunki fizyczne. Grali starsi juniorzy i brakowało im kogoś do składu, wzięto więc mnie. Początkowo się bali, bo byłem dość niski, nie chcieli, żeby mnie ktoś poturbował. W końcu mi zaufali.

– I wtedy pan pokazał co może taki mały człowiek.

– Strzeliłem dwie bramki. Trener zatrzymał mnie już na stałe w starszej grupie. Kiedy skończyłem szkołę podstawową, przeniosłem się do Łabęd. Tam zacząłem grać ponownie w juniorach. Kiedy trafiłem do seniorów, to stamtąd udało mi się dostać do reprezentacji Śląska, która była wówczas bardzo silna. A wtedy grywało się takie mecze Śląsk kontra Kraków. Oprócz tego, że umiałem rozgrywać, to strzelałem dużo bramek. Wygraliśmy 3:2 i strzeliłem dwie bramki. Wtedy zrobiło się na Śląsku głośno o mnie. Później ktoś robił w Warszawie przegląd kadr młodych zawodników. Skoszarowali nas około trzydziestu i kazali grać mecze między sobą na Marymoncie, tam chyba było najładniejsze boisko w całej Polsce. Wtedy funkcjonowały dwie reprezentacje – A i B. Dostałem powołanie do kadry B. Był taki mecz na Śląsku – reprezentacja B kontra reprezentacja Śląska 3:3 i znów strzeliłem trzy bramki. Po tym meczu trener powiedział, żebym poszedł do domu, spakował się i jechał do Warszawy. To był 1953 rok.

– Od razu zakochał się pan w Warszawie?

– To nie tak. Wróciłem do domu, a akurat Piast Gliwice walczył o drugą ligę. Dałem się namówić i ostatnie pół roku przed wojskiem grałem w Piaście.

– Nigdy nie miał pan żalu, że tak bezpardonowo pana ściągają do wojska?

– Mój rocznik i tak podchodził pod pobór. Chociaż poszedłem pół roku wcześniej. Człowiek był wtedy wystraszony. Przyjechał podpułkownik z Warszawy do mojego WKU i od razu dostałem kartę wcielenia. Później zostałem oficerem i nie było już tak łatwo się wywinąć (śmiech).

– W wojsku nie nasłużył się pan zbyt czynnie.

– Trzeba było iść na dwa miesiące do jednostki, a ja w ogóle tam nie byłem. Przyjechałem do Warszawy, ubrali mnie w mundur i pojechałem prosto na zgrupowanie, przed meczem Polska-Bułgaria. To był mój debiut 2:2, rok 1954. Parę tych meczów było. Szczególnie pamiętam ten wygrany ze Związkiem Radzieckim. Cieślik strzelał, a ja mu dogrywałem. Nikt wtedy nie wierzył w nasze zwycięstwo. Nawet naobiecywali nam nagród. Pamiętam mecz z Hiszpanią, kiedy w Chorzowie przegraliśmy 2:4, strzeliłem piękną bramkę z przewrotki, taką jak Di Stefano”.

Ewald Dera, najlepszy strzelec w historii

Jednym z najlepszych piłkarzy w historii Piasta był Ewald Dera. Dera ur. się 9 listopada 1931 w Szopienicach, tam też rozpoczynał przygodę z piłką. Jego talent rozwinął się w Podlesiance. Gdy w 1956 r. do Piasta przechodził właśnie z tego klubu Mikołaj Beljung zabrał ze sobą tego nieprzeciętnego napastnika. Dera w Piaście zadebiutował 1 kwietnia 1956 r. w Gliwicach, w meczu przeciwko Skra Częstochowa, wygranym przez Piasta 4:1.

Pierwszą bramkę zdobył właśnie on. Szybko stał się ulubieńcem gliwickiej publiczności, w pierwszym sezonie wystąpił w 15 meczach strzelając 18 goli. Po awansie do II ligi (1957) dalej imponował skutecznością. W trzeciej kolejce w meczu z Włókniarzem Chełmek, Ewald pokazał próbkę swoich nieprzeciętnych umiejętności. Szybkie zagrania skrzydłami, piękne dośrodkowania i atomowe strzały sprawiały, że ręce same składały się do braw. W spotkaniu tym 3 gole zdobył Fryderyk Mierzwa, a super strzelec, Ewald Dera dołożył 2 bramki. W sumie, w tym sezonie 19 razy trafiał do siatki rywali, co dało mu tytuł króla strzelców grupy południowej II ligi. Starsi sympatycy gliwickiego klubu na pewno mają w pamięci pojedynek z dziewiętnastej kolejki przeciwko Concordii Knurów. Już w pierwszej akcji Dera złożył się do strzału, a blokował jego zamiar obrońca Norbert Zgolik. Siła uderzenia obydwu nóg była tak wielka, że skórzana kula pękła jak dziecięcy balonik „tracąc swe regulaminowe właściwości”. Później Ewaldowi wychodziło już wszystko, środkowy gliwiczan zdążył do 46 minuty strzelić trzy gole. Wiosną 1964 r. Dera podjął ostateczną decyzję o wycofaniu się z boiska. Ostatni raz trafił do siatki drużyny przeciwnej 10 listopada 1963 w 43 min spotkania przeciwko Zawiszy Bydgoszcz. Ostatni raz koszulkę z napisem Piast Gliwice założył 3 maja 1964 r., a było to w Mielcu, w meczu z tamtejszą Stalą. W drugiej lidze rozegrał 174 spotkania zdobywając 77 bramek. Łącznie w barwach Piasta w 9 sezonach zagrał w 196 (2955 min) meczach strzelając 98 goli. Niezrównany strzelec, kapitan drużyny, pozostał w klubie pełniąc funkcję działacza sekcji piłkarskiej. Był też powoływany do reprezentacji Śląska. Po jego przedwczesnej śmierci (27.12.1983 r.). podjęto decyzję o organizacji turnieju młodzieżowego imienia Ewalda Dery. Jego dorobek jest naprawdę imponujący. Do dziś pozostaje najskuteczniejszym strzelcem w naszej drużynie.

Piast Gliwice – rok 1959
Od lewej stoją: Joachim Krajczy, Ryszard Majka, Józef Gałeczka, Rudolf Stach, Helmut Hajn, Berthold Heller, Karol Urbańczyk, Marcin Chrobok, Henryk Laska, Norbert Kaliciński, Ewald Dera.

 

Najlepsza głowa w historii polskiej piłki

Ci, którzy pamiętają go z boiska zapewniają, że do dziś nie narodził się nikt, kto mógłby mu dorównać. – Myślę, że strzeliłem głową ponad połowę bramek w całej karierze! Gdy patrzę na stare zdjęcia to czasami sam się dziwię, jak taka pchła mogła się tak wysoko oderwać od ziemi – uśmiecha się 72-letni Gałeczka. Józef Gałeczka to kolejny wychowanek Piasta, który właśnie w gliwickim klubie uczył się piłkarskiego rzemiosła. Imponował szybkością, wyskokiem do górnych piłek i sprytem w sytuacjach podbramkowych. Ponad połowę swoich bramek zdobył głową, mimo że nie był zbyt wielkiego wzrostu. O mało co, a nie zostałby bramkarzem – To przesada (śmiech), ale prawdą jest, że stałem między słupkami. Imponowało mi, że bramkarz to sam może wygrać mecz. I tak w trampkarzach czy nawet juniorach Unii Gliwice w jednej drużynie stałem na bramce, a w drugiej strzelałem gole w ataku. Dosyć długo to trwało, aż do meczu, w którym puściłem sześć goli. Mieliśmy wtedy bardzo słabą obronę i ciągle ktoś jechał ze mną sam na sam. Wkurzyłem się wtedy i rzuciłem bramkarskimi rękawicami. Pomyślałem – jak ktoś ma strzelać gole, to będę to ja!

W pierwszym zespole Piasta zadebiutował w 1956 r. a było to jeszcze w III lidze. Zagrał wprawdzie tylko w 6 meczach, ale aż 5 razy wpisał się na listę strzelców. – Gdy miałem 16 lat zdarzało mi się już grać w pierwszej drużynie Piasta Gliwice. Wiedzieli o tym wszyscy nasi sąsiedzi, tylko nie moja mama. Pamiętam jak przed jakimś meczem dorwała ją sąsiadka i dopytywała się, czy idzie na stadion oglądać syna. – A co mnie to dziwne, że z łebkami piłkę kopie – machnęła ręką matka. – Z jakimi łebkami?! W pierwszym składzie gra – nie dawała za wygraną sąsiadka. Po powrocie domu dostałem burę. – To prawda, że grasz ze starszymi?! Daj sobie synek spokój, bo ci jeszcze nogi połamią. Dobrze ci radzę – pogroziła palcem – wspomina Gałeczka.

Zazwyczaj wchodził na zmiany, aż do baraży o miano najlepszej drużyny na Śląsku. W drugim meczu zdobył obydwie bramki, które dały Piastowi tytuł mistrzowski. Jak pamięta tamten mecz pan Józef? – Jest rok 1956. Gram sobie w juniorach, toczę wałki na tokarce, a moi starsi koledzy z Piasta walczą o drugą ligę z Concordią Knurów. W Gliwicach remisujemy 3:3, a wszystkie gole dla Piasta strzelił Ewald Dera. Po tym meczu do zakładu, w którym pracowałem, pofatygował się trener Edward Metzger, który był opiekunem juniorów. – Rzucaj to żelastwo, wskakuj w dres, jedziesz na zgrupowanie przed rewanżowym meczem w Knurowie – zakomunikował. Tłumaczył, że rywal poznał się na Derze i trzeba go czymś zaskoczyć. No i zagrałem, strzeliłem dwa gole i wygraliśmy 2:1 (śmiech). Po meczu miejscowi kibice chcieli nas zlinczować. Kierowca z Gliwickich Zakładów Urządzeń Technicznych zarzucił mi na głowę koc, wpakował do czarnej wołgi i wywiózł ze stadionu. Kolejni piłkarze ewakuowali się na własną rękę. Najbardziej pomysłowy był nasz bramkarz – Franek Stein. Zaraz po końcowym gwizdku – tak jak stał – przeskoczył przez płot i pierwszego napotkanego kibica z Gliwic poprosił o rower. Nikt nie chciał mu dać, więc w końcu zaoferował, że on będzie kręcił, a właściciela weźmie na rurkę. I w taki właśnie sposób Stein wrócił do domu (śmiech).

Po świetnych występach przeciwko Concordii został powołany do reprezentacji Polski juniorów. – W reprezentacji debiutowałem u Kazimierza Górskiego, to było jeszcze w juniorach. Ale byłem dumny, gdy pan Kazimierz nagrodził mnie specjalnymi dyplomami – „Najszybszy” i „Najlepszy technik” – kręci głową Gałeczka.

Przez kilka sezonów razem z Derą i Mierzwą stanowił jeden z najskuteczniejszych ataków w drugiej lidze. Łącznie w barwach Piasta rozegrał 58 spotkań, zdobywając 15 goli.

Józef Gałeczka był też jedynym piłkarzem Piasta w historii, który strzelał bramki… Chińczykom. 1 maja 1959 r. w Gliwicach, Piast zmierzył się z wicemistrzem chińskiej ligi Shenyang. Był to jeden z nielicznych kontaktów polskiego futbolu z piłkarzami zza Wielkiego Muru. Chińczycy do potęg się nie zaliczali, więc przychylne opinie prasy należało traktować raczej jako przejaw kurtuazji niż rzetelnej oceny. Ale mecz wygrali goście – 3:2. Oba gole dla miejscowych strzelił Józef Gałeczka zaś dla drużyny Shenyang: Gai Zengcheng – 2 i Mu Houren – 1.

Józef Gałeczka ostatni raz w barwach Piasta zagrał 7 maja 1960 w zremisowanym 1:1 meczu przeciwko Garbarni Kraków. Po odejściu z Piasta wyemigrował do Australii, gdzie z sukcesami bronił barw Polonii Melbourne. Przypisywano mu również występy w reprezentacji Australii, co akurat nie jest prawdą (grał tylko w reprezentacjach stanowych). Po powrocie do kraju na długie lata związał się z Zagłębiem Sosnowiec i do dziś pozostaje jednym z najlepszych graczy w historii tej drużyny. W 1978 r. już jako trener razem z Zagłębiem zdobył Puchar Polski, pokonując w finale Piasta Gliwice 2:0. 2-go września 1962 r. w meczu przeciwko Węgrom w Poznaniu zadebiutował w narodowej reprezentacji. Rozegrał w niej 18 spotkań, strzelając 5 bramek. Ostatni raz koszulkę z Białym Orłem założył 3 grudnia 1966 r. w Jaffie w meczu z Izraelem.

Józef Gałeczka nie zapomniał, gdzie zaczynał swoją przygodę piłką . Gdy Piast w 2001 r. powrócił na trzecioligowe boiska przyjechał do Gliwic na pierwszy mecz. Pan Józef cieszy się dobrym zdrowiem, najczęściej można go spotkać na Stadionie Ludowym w Sosnowcu, gdy gra Zagłębie. To z tym klubem pan Józef święcił największe sukcesy. Trzy razy prowadził zespół do wicemistrzostwa Polski, cztery razy cieszył się ze zdobycia Pucharu Polski (dwa razy jako trener). Podnosił nad głową Puchar Interligi Amerykańskiej i odbierał trofeum za zdobycie tytułu króla strzelców. Na koniec wprowadził Zagłębie do ekstraklasy.

Józef Gałeczka
Urodzony: 28 lutego 1939 roku w Gliwicach
Wzrost: 166 cm. Waga: 62 kg
Kluby: Unia Gliwice (1953-1954), Piast Gliwice (1956-1959), Polonia North Side (1960), Polonia Sydney (1960-1961), Zagłębie Sosnowiec (1962-1972), FC Boulogne (1972-1973)
Mecze/gole w ekstraklasie: 253/98
Mecze/gole w reprezentacji: 18/5

Do tekstu wykorzystano  wywiad z 2009 roku (rozmawiał –  Paweł Czado)

 

Jerzy Musiałek, piłkarz doskonały

Świetny technik, skuteczna gra głową, a przy tym ogromna pasja w każdym spotkaniu i wielka ambicja – tak wspominają koledzy z boiska jedną z gwiazd polskiej piłki, urodzonego i wychowanego w Gliwicach – Jerzego Musiałka,. Musiałek, bo on jest kolejnym sportowcem, którego przypominamy w cyklu zasłużeni dla Piasta, urodził się 14. października 1942 w Gliwicach. W piłkę zaczął kopać w wieku 12 lat w rodzinnych Szobiszowicach, dzielnicy Gliwic. Uczęszczał do prawdziwej kuźni piłkarskich talentów, czyli Technikum Ceramicznego mieszczącego się przy ul. Jana Śliwki. Do tej samej szkoły chodzili Lubański, Buncol, Majka.

Jego nieprzeciętny talent zauważył i rozwinął Jerzy Cich. Pierwszym jego klubem był Metal Gliwice. (1954-1956). Mając 16 lat poprowadził atak pierwszej drużyny przeciwko przygotowującej się do spotkań międzypaństwowych reprezentacji juniorów. Grał tak doskonale, że sam Kazimierz Górski, ówczesny trener reprezentacji juniorów powołał go do kadry w tej kategorii wiekowej. Podobnie jak i Lubański jeszcze przed fuzją GKS i Piasta przeniósł się do Górnika Zabrze (1961). W barwach tej drużyny zdobył sześciokrotnie tytuł mistrza Polski (1961, 1963, 1964, 1965, 1966, 1967) oraz czterokrotnie zwyciężał w rozgrywkach Pucharu Polski (1965, 1968, 1969, 1970).

W pierwszej reprezentacji narodowej seniorów zadebiutował 08.10.1961 w meczu z RFN, przegranym przez Polskę 0:2. Zaliczył w niej 13 występów, strzelając 1 gola. W latach 1970-73 bronił barw bytomskich Szombierek. Próbował też swoich sił za granicą. Grał w NAC Breda (1973-74), zdobywając z tym klubem Puchar Holandii i US Dunkerque (Francja – 1975).

W 1975 powrócił do miejsca początku swojej kariery, czyli do Piasta. Wybiegł znów w gliwickich szeregach w zremisowanym 1-1 spotkaniu z Gwardią Warszawa. Został współtwórcą jubileuszowego 500 gola Piasta w drugiej lidze. Po zakończeniu piłkarskiej kariery został asystentem trenera Huberta Skowronka w Piaście, a potem pracowal w Górniku Knurów.

Niestety, tego lubianego piłkarza i trenera pokonała choroba, zmarł przedwcześnie 15 stycznia  1980 r. Spoczywa W Gliwicach na Cmentarzu Centralnym przy ul. Kozielskiej.

Joachim Krajczy, niespełniona kariera

W drugim sezonie pobytu w II lidze, 20 kwietnia 1958 roku do Gliwic zjechał Górnik Radlin, w barwach którego kibice zobaczyli przyszłego kapitana reprezentacji Polski i Górnika Zabrze — Stanisława Oślizłę. Natomiast w niebiesko-czerwonym trykocie pojawił się urodzony 25 października 1940 roku w Gliwicach Joachim Krajczy. Ten mierzący sobie ledwie 165 cm wzrostu wówczas 18-letni zawodnik od razu oczarował swoją grą nie tylko trenera Edwarda Metzgera. Grając u boku taki zawodników jak Dera, Skubacz, Cieszowiec, Majka czy Stein radził sobie doskonale. Błyskotliwy, filigranowy technik, dobry organizator gry. W swoim debiucie w meczu przeciwko Górnikowi Radlin to on poprowadził gliwiczan do zwycięstwa. Ledwie dwie kolejki później w meczu z AKS Kościuszko Chorzów strzelił pierwszą bramkę.

Krajczy do Piasta trafił z Unii FOCh Gliwice. Miał już wtedy za sobą występy w młodzieżowej reprezentacji Polski. „Kajtek” — bo tak został

od lewej stoją: Joachim Krajczy, Ryszard Majka, Józef Gałeczka

ochrzczony niewielki wzrostem nowy rozgrywający Piasta rządził i dzielił w drugiej linii jedenastki z Gliwic. Jego umiejętności dostrzegli działacze Legii Warszawa, do którego to klubu przeniósł się w 1961 roku. Wydawało się, że wielka kariera stoi przed nim otworem, ale Ślązakowi warszawski klimat nie służył. Wystąpił w 37 ligowych meczach, strzelając 3 gole. Nie trafił też do pierwszej reprezentacji Polski, choć wydawało się, że jest mu to przeznaczone.

Z Legii przeniósł się do Stali Rzeszów. Nie jako zawodnik jednak, ale jako trener odniósł tam największy sukces, zdobywając w 1975 roku ze tą drużyną Puchar Polski. Za zasługi na rzecz tego klubu w 2004 roku został wyróżniony nagrodą prezydenta Rzeszowa.

Wcześnej jednak, bo w 1970 roku, na krótko, na dwa mecze, wrócił do Gliwic, do Piasta. Krajczy pokazał się bardziej z potrzeby serca, aby podziękować na zakończenie kariery swoim gliwickim kibicom. W 1976 roku odnajdujemy go w spisie trenerów i zasłużonych dla Rozwoju Katowice. Prowadził ten klub do 1980 roku. Potem wyjechał do Niemiec, gdzie przebywa do dziś.

W młodzieżowych reprezentacjach Polski zagrał w 15 meczach. W barwach Piasta zaliczył 86 występów, strzelając aż 22 gole.

Kariera klubowa
1953-55 MKS Sparta Gliwice
1955-58 Unia Foch Gliwice
1958-61 Piast Gliwice
1961-64 Legia Warszawa
1964-70 Stal Rzeszów

Debiut w I lidze 1962-03-04 (Szombierki Bytom-Legia Warszawa)

Specjalista od pucharowych goli – Marek Majka

Marka Majkę. Chyba każdemu kibicowi z Gliwic, który ukończył 40 rok życia nazwisko Majka kojarzy się z tłustymi latami Piasta. W latach 60-tych czołową postacią drużyny z Okrzei był Ryszard Majka. O nim jednak opowiemy w innym artykule. Marek Majka to jego syn i jeden z najlepszych wychowanków Piasta przełomu lat 70-tych i 80-tych XX wieku.

W dzień dziecka, 1-go czerwca 1977 roku w środę w 46 min meczu z Moto-Jelcz Oława na boisku pojawił się ledwie 18 letni Marek Majka. Majka-junior po przerwie zastąpił Kazimierza Gontarewicza. Zawodnik nie zapisał swojego premierowego występu złotymi zgłoskami, bo Piast uległ Oławie na jej terenie 1-2. Przez większość sezonu na boisko wchodził z ławki rezerwowej. 22 kwietnia 1978 r, także grając przeciwko Oławie strzelił swoją pierwszą bramkę w II lidze. Ten gol dał Piastowi wyrównanie. – Urodziłem się w Gliwicach. W Piaście zaczynałem jako trampkarz, był to rok 1971 o ile dobrze pamiętam. Potem przeszedłem wszystkie szczeble szkolenie i w tym klubie zadebiutowałem jako piłkarz. Cóż więcej dodać, to się zaczęła moja wspaniała przygoda z piłką – wspomina w jednym z wywiadów Majka.

Głośno w całej Polsce o tym utalentowanym napastniku zrobiło sięzanim zdobył pierwszego gola w lidze. W trzeciej rundzie rozgrywek o Puchar Polski sezonu 1977/78 los przydzielił Piastowi ówczesnego wicelidera I ligi ŁKS Łódź. Mecz był rozgrywany w Gliwicach na stadionie XX-lecia. Już w 5 min, po świetnym rajdzie Ledwonia, jeszcze junior – Majka zdobył pierwszą bramkę, otwierając wynik tego pucharowego pojedynku. To nie był jednak koniec popisu wschodzącej gwiazdy gliwickiej piłki. W 24 min tego meczu, Majka niczym stary piłkarski wyga, ograł obrońcę ŁKS, wyciągnął bramkarza z linii i podwyższył wynik na 2:0 podbijając serca gliwickich fanów na lata. Piast m.in. dzięki jego nieprzeciętnych, strzeleckich umiejętności dotarł do pierwszego w historii finału Pucharu Polski.

Przez kolejne pięć lat ten urodzony w Gliwicach piłkarz był postrachem bramkarzy, przyjeżdżających na stadion przy ul. Kujawskiej lub Okrzei. Rozegrał w tym czasie 135 spotkań z tego 90 w pełnym wymiarze czasowym. Na boisku przebywał przez 9 678, min strzelając w tym czasie 21 goli.

W 1983 roku Piast po raz drugi dotarł do finału Pucharu Polski, a Majka już nie jako junior miał w tym swój wielki udział. W drugi dzień kalendarzowej jesieni 1982 roku na stadion XX-lecia zawitała Gwardia Warszawa z najlepszym wówczas atakiem w Polsce: Baran – Banaszkiewicz – Dziekanowski. Tak przynajmniej reklamowano wtedy ten mecz (Dziekanowski nie zagrał wtedy). Na trybunach zasiadło kilka tysięcy kibiców, dla których w tym trudnym okresie represji związanych ze stanem wojennym oglądana na żywo piłka nożna była jedną z nielicznych rozgrywek.

Już 8 minut po pierwszym gwizdku sędziego zespołem, który mógł pochwalić się najskuteczniejszym atakiem w kraju była nie Gwardia, ale Piast. W 3 min wynik spotkania otworzył Andrzej Kloza, a w 4 i 8 min na listę strzelców wpisał się Marek Majka. Trzy ciosy w przeciągu 5 minut zadane Gwardii są do dziś niepobitym, pucharowym rekordem. Szaleństwo Majki trwało dalej. W półfinałowym meczu z Lechem Poznań to po jego strzale głową Piast pokonał „Kolejorza” 1:0 i po raz drugi awansował do finału Pucharu Polski. Trofeum nie udało się zdobyć, ale otworzyło to drogę do kariery kolejnemu wychowankowi Piasta.

Po tym sezonie Majka przeszedł do Górnika Zabrze, za co kibice mieli do niego pretensje, ale teraz wiemy, że w Gliwicach szans na zrobienie kariery nie miał. W Górniku mu się to udało – Wiadomo, że piłkarze, którzy odchodzili z Piasta do Górnika, przestawali być wielkimi przyjaciółmi gliwickich kibiców. Mój transfer to była jednak normalna kolej rzeczy. Oceniam swoje przejście z Gliwic do Zabrza jako najlepszy krok w moim życiu. Życzyłbym każdemu piłkarzowi, aby osiągnął takie sukcesy jak ja w Górniku. Cztery tytuły mistrza Polski z rzędu to przecież rzadkość i nigdy bym nie przypuszczał, że to może spotkać akurat mnie – opowiada Majka.

Górnik był długim, ale tylko kolejnym przystankiem w karierze tego napastnika. W 1988 Majka wyjechał do Niemiec stając się podstawowym piłkarzem klubu z II niemieckiej ligii – S.C. Freiburg. Tylko w dwóch sezonach zdobył dla tej drużyny 21 goli. Przez kolejne trzy sezony bronił barw SV Oberweier 1910.

W 1994 roku Majka podjął decyzję o powrocie do Polski. Piasta Gliwice w tym czasie nie było na sportowej mapie Polski, a Majka czuł się na tyle jeszcze silny, że został piłkarzem Odry Wodzisław. Tęsknota za domem i gliwickim boiskami zwyciężyła. Już jesienią 1994 roku Marek zostaje grającym asystentem Jerzego Klejnota, wówczas trenera Carbo Gliwice. Wkrótce Carbo zrobi awans do III ligi. Setki fanów Piasta tylko ze względu na jego osobę jeździło co dwa tygodnie do Ostropy, by dzięki Majce, wspominać złote lata wówczas nieistniejącego teamu z Okrzei.

W życiu sportowca jednak jest taki moment, że trzeba zdjąć piłkarskie buty i zawiesić je na kołkach. Majka miał już wtedy stosowne papiery , by prowadzić zespól, ale było mu brak doświadczenia. Mimo to został asystentem w Górniku Zabrze, a potem samodzielnie objął trzecioligowy wówczas zespół Błękitni Kielce. Działacze z Kielc zrobili jednak psikusa Majce, bo w 2000 roku Błękitnych połączono z Koroną, a dla niego w nowym klubie zabrakło miejsca.

30 maja 2001 roku, na bocznym boisku przy Roosvelta pierwszy zespół Piasta, prowadzony przez Fryderyka Cholewę pokonał rezerwy Górnika 2:1. Na ławce trenerskiej zespołu z Zabrza siedział wówczas Marek Majka. Dwa miesiące później objął posadę trenera pierwszego zespołu Piasta. – Jestem gliwiczaninem. Tu się wychowywałem, tu mieszkam. Piasta darzę ogromną sympatią, przecież w tym klubie stawiałem swoje pierwsze piłkarskie kroki. Niestety był taki okres, kiedy to Piast zniknął z piłkarskiej mapy Polski, ale od czasu gdy reaktywował się zespół seniorów na bieżąco śledzę wyniki tej drużyny, cieszyłem się z każdego awansu, bywam na meczach, obserwuję zawodników i gdy otrzymałem propozycję prowadzenia zespołu już w III lidze, nie wahałem się ani przez chwilę i nie ukrywam, że przyjąłem ją z wielką radością. Po wielu latach tułaczki, po Polsce, po świecie znów wróciłem do Piasta – dzielił się nieukrywaną radością wtedy z Piast.Gliwice.pl Marek Majka.

Majka w przerwie letniej podjął się nie łatwego zadania zbudowania trzecioligowej drużyny na bazie zawodników z łapanki. W sparingach wówczas zagrało ponad 50 kandydatów na piłkarzy. Jego debiut, jako szkoleniowiec klubu, którego był wychowankiem nie był udany. Po czterech kolejkach w III lidze gliwiczanie mieli na koncie ledwie jeden punkt i zamykali ligową tabelę. Majkę zastąpił Marcin Bochynek, który nic wielkiego z tą ekipą nie zrobił. Marcin Żemaitis, ówczesny członek zarządu Piastunek przyznał, ze decyzja o jego zwolnieniu była zbyt pochopna. Majka został pomocnikiem Bochynka, ale tylko do końca rundy. Potem próbował swoich sił winnych klubach. Wróci do Gliwic w 2003 roku, zostając w pierwszym sezonie po powrocie na drugoligowe boiska asystentem Józefa Dankowskiego. Doskonale rozumiejący się duet zdołał bezpiecznie utrzymać niebiesko-czerwonych na zapleczu Ekstraklasy. W kolejnym sezonie jednak po porażce z Widzewem Łodzi obu szkoleniowców odwołano ze swoich funkcji. Dankowski został przesunięty do pracy z młodzieżą, Majka przejął drużynę rezerw.

Prowadzenie zespołu z ligi terenowej nie było jednak szczytem marzeń już posiadającego spore doświadczenie trenera. Marek Majka pakuje walizki i wyjeżdża na Lubelszczyznę, by najpierw zostać drugim trenerem Orląt z Radzynia Podlaskiego, a potem samodzielnie wprowadzić ten zespół do III ligi, utrzymać go na tym poziomie rozgrywek. Dwukrotnie też zdobył z tym zespołem Puchar Polski na szczeblu LZPN.

To był udany okres w pracy zawodowej wychowanka Piasta, ale w zakładach mleczarskich w Radzyniu, głównego sponsora klubu i w którym Majka była zatrudniony na etacie szefa straży pożarnej zmienił się prezes, który nie chciał już finansować piłki na takim poziomie jak dotychczas.

Marek wraca do Gliwic, by w 2011 roku objąć zespół czwartoligowej Jedności Ciochowie. Drużyna ta gra w niewielkiej wiosce położonej pomiędzy Pyskowicami a Toszkiem. Nie przeszkadza to jednak Majce, by po rundzie jesiennej zajmować w tabeli II lokatę z realnymi szansami na awans do wyższej ligi.

Opracowanie: Grzegorz Muzia/Gerard Kędziorski
Foto: Archiwum własne/Andrzej Potocki

Rok 1983

Kariera trenerska: Carbo Gliwice (asystent, III i IV liga), Górnik Zabrze (asystent, Ekstraklasa), Błękitni Kielce (III liga), Górnik II Zabrze (IV liga), Piast Gliwice (III liga), KS Kędzierzyn-Koźle (IV liga), Podbeskidzie Bielsko-Biała (asystent, II liga), Piast Gliwice (asystent, II liga), Orlęta Radzyń Podlaski (najpierw asystent, potem samodzielnie; awans do III ligi, 4. miejsce w III lidze grupie IV, dwukrotnie Puchar Polski na szczeblu LZPN)

Kariera zawodnicza

1976/77 Piast Gliwice
1977/78 Piast Gliwice
1978/79 Piast Gliwice
1979/80 Piast Gliwice
1980/81 Piast Gliwice
1981/82 Piast Gliwice
1982/83 Piast Gliwice
1983/84 Górnik Zabrze 29 4
1984/85 Górnik Zabrze 30 6 mistrzostwo
1985/86 Górnik Zabrze 30 10 mistrzostwo
1986/87 Górnik Zabrze 25 9 mistrzostwo
1987/88 Górnik Zabrze 23 2 mistrzostwo
1988/89 SC Freiburg 33 10
1989/90 SC Freiburg 24 11
1990/91 SC Freiburg 4 0
1991/92 SV Oberweier 1910
1992/93 SV Oberweier 1910
1993/94 (j) SV Oberweier 1910
1993/94 (w) Odra Wodzisław Śląski
1994/95 Carbo Gliwice
1995/96 Carbo Gliwice liga polska

Opracowanie tekstów:  Grzegorz Muzia

Źródła: Archiwum Andrzeja Potockiego, 20 lat Piasta Gliwice,  Gazeta Wyborcza, Przegląd Sportowy, 60 lat Łabędzkiego Towarzystwa Sportowego, Legia.Net, Rozwój Katowice

Foto: Archiwum własne, Andrzeja Potockiego, Piast Gliwice

Używamy plików cookies w celu optymalnej obsługi Państwa wizyty na naszej stronie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.