Jest rekordzista pod względem liczby występów w Piaście.. Z Piastem związany był przez 40 lat, najpierw jako piłkarz, potem działacz. Na koniec wiceprezes ds. sportowych. Dziś w naszej Piastowskiej Alei Gwiazd spaceruje Ryszard Kałużyński.

Ryszard Kałużyński urodził się w 1950 r. w Gliwicach. Jako młody chłopak został wypatrzony na jednym z turniejów dzikich drużyn. Jako trampkarz zanotował pierwszy sukces, zdobywając z drużyną tytuł Mistrza Śląska. Potem powtórzył ten wyczyn jako junior. W pierwszym zespole debiutował  w wygranym 3:0 spotkaniu z Pogonią Prudnik na starym stadionie XX-lecia. Miało to miejsce 13 czerwca 1968 r.

„Nowy” niemal od pierwszego kontaktu z piłką budził zaufanie i wprowadzał spokój na tyłach własnej drużyny. Ryszard Kałużyński na najbliższe 20 lat wywalczył sobie niepodważalną pozycję w centrum pola karnego oraz zaskarbił sobie aż do końca kariery niesłychaną przychylność gliwickich trybun. „Jacek”, bo taki nosił boiskowy przydomek, w dziejach Piasta był jednym z najlepszych, a być może i najlepszym obrońcą. Miejsce w składzie proponowały mu śląskie pierwszoligowe tuzy (Polonia Bytom, Ruch Chorzów), odzywały się telefony nawet z dalekiej Turcji. Na próżno — pan Ryszard nie zdecydował się nigdy na opuszczenie rodzinnego miasta.

Ryszard Kałużyński  jest rekordzistą jeśli chodzi o lata spędzone w jednym klubie, Nieprzerwanie barw Piasta bronił przez 20 lat, rozegrał 491 oficjalnych spotkań, spędził na murawie 43 718 minut, strzelając przy tym 23 gole.

Dziś, aby zacząć trenować należy po prostu zapisać się, zrobić badania lekarskie, opłacić składkę To wystarczy, aby już na drugi dzień móc mówić, że jest się zawodnikiem danego klubu. Ponad 60 lat temu, gdy Ryszard Kałużyński zaczynał swoją przygodę z piłką tak łatwo nie było.

– Żeby zacząć trenować trzeba było mieć skończone co najmniej 10 lat i coś już umieć. Z ulicy chłopaków nie brali. Były jednak wtedy bardzo popularne turnieje „dzikich drużyn”. Brało w nich udział wielu chłopców. Tam wypatrzył mnie jeden trenerów, zaprosił na trening i tak się zaczęła moja przygoda z Piastem – wspomina początki gry w gliwickim klubie pan Ryszard.

Współcześnie, wystarczy wejść do sklepu sportowego, stanąć przy odpowiednim stoisku i jedynym problemem jaki spotyka początkującego sportowca jest wybór firmy czy koloru sprzętu piłkarskiego, a jak wtedy z tym było?

– Brakowało wszystkiego, największy problem mieliśmy z butami. Dostępne było tylko obuwie przeznaczone dla kolarzy. Więc je kupowaliśmy, zanosiliśmy do szewca, ten dorabiał kołki ze skóry i graliśmy do pierwszego deszczu, bo jak namokły, to powiększały się same o kilka numerów. Koszulki i spodenki szyło się z dostępnego płótna, ale nie narzekaliśmy – opowiada.

Warunki socjalne też do komfortowych nie należały.

– Będąc juniorem rzadko po treningu mogliśmy się wykąpać w ciepłej wodzie. W zasadzie to dopiero, gdy trafiłem do pierwszego składu mogę mówić o czymś takim jak odnowa. Saunę to mieliśmy zrobioną w szatni, oczywiście nie wyglądało to tak jak dziś – wspomina

20 lat temu obiekt przy ul. Sokoła na którym wychowało się kilka pokoleń piłkarzy przypominał bardzie teren do uprawiania biegów przełajowych niż boisko treningowe. Górki, dołki, kępki trawy stanowiły naturalną przeszkodę dla zawodników, podobnie było na stadionie przy ul. Roboczej

– Trawa to tam była, ale za liniami końcowymi i bocznymi, środek był piaszczysty, nam to jednak nie przeszkadzało – uśmiecha się „Jacek”

Piast polskiej piłce kilkudziesięciu wybitnych piłkarzy. Spokojnie można by z zawodników, którzy wybili się w gliwicki  klubie zebrać 11 reprezentantów Polski. W 1963 roku trampkarze Piasta wywalczyli tytuł Mistrza Śląska. Sześć lat później ta drużyna już jako juniorska powtórzyła ten sukces. W kadrze tego zespołu był Ryszard Kałużyński

– W zasadzie to chyba wszyscy, którzy wywalczyli ten tytuł później trafili do pierwszego składu Piasta. W tamtych czasach było tak, że to my gliwiczanie stanowiliśmy zdecydowaną większość w drużynie, Teraz jest niestety inaczej, dominują zawodnicy zagraniczni oraz z innych klubów.

Z tym zespołem Ryszard Kałużyński zdobył mistrzostwo Ślaska trampkarzy i juniorów

Piast po słynnej fuzji z 1964 spadł do III ligi i spędził w niej cztery sezony. W 1968 roku gliwiczanie powrócili na drugoligowe boiska. 13 czerwca tegoż roku w meczu przeciwko Pogoni Prudnik swój pierwszy występ w seniorach zaliczył Ryszard Kałużyński.

– Pamiętam ten dzień doskonale. Graliśmy na stadionie XX-lecia. Było chyba z 15 tys. ludzi. Wtedy praktycznie zapewniliśmy sobie awans do II ligi – wraca pamięcią do swojego debiutu stoper Piasta.

Już po roku jednak pobytu na zapleczu ówczesnej ekstraklasy gliwiczanie zostali zdegradowani. 14 miejsce w tabeli, wtedy nie wystarczyło do utrzymania się w gronie drugoligowców. Szybko  jednak niebiesko-czerwoni wrócili do II ligi i zostali tam na 20 lat.

– To były wspaniałe czasy. Jako klub spędziliśmy w tej II lidze najwięcej sezonów, a ja chyba mam na koncie najwięcej występów z polskich piłkarzy na tym szczeblu rozgrywek – podkreśla  Ryszard Kałużyński.

Dekada lat 70-tych i 80-tych to bardzo dobry okres w historii gliwickiej piłki, nie podkreślony jednak awansem do I ligi, dlaczego ?

– Na pewno nie było tak, że piłkarze nie chcieli,. Tak się mówiło, ale to nieprawda. Wokół Gliwic było sporo bardzo silnych klubów. Górnictwo miało zawsze więcej pieniędzy i możliwości, My jako klub hutniczy nie mieliśmy takiej siły przebicia – odpowiada „Jacek”.

Piast w tamtym okresie rzadko przegrywał na własnym stadionie. W zasadzie zdarzało się to sporadycznie. Nic w tym jednak dziwnego, skoro gliwiczanie mieli najlepszą obronę w Polsce.

– Był taki okres, gdy razem Marcinem Żemaitesem, Jasiem Jondą i Tadziem Pawlikiem byliśmy dla napastników innych drużyny zaporę nie do przejścia. Mówiono, że stanowimy najlepszą formację defensywną w Polsce – mówi

W 1978 roku Piast po raz pierwszy zagrał w finale Pucharu Polski, drugi raz gliwiczanie przed szansą wywalczenia tego trofeum stanęli pięć lat później. Puchar jednak do Gliwic nie przyjechał, dlaczego?

– Przed drugim finałem, gdzie graliśmy z Lechią Gdańsk od początku coś było nie tak. Zaczęło się, że nie chcieli nas wpuścić na stadion z autokarem. Na murawę wyszliśmy mocno zdenerwowani, Lechia to wykorzystała – żałuje, że nie udało się zdobyć trofeum popularny „Jacek”.

Lata 70-te XX wieku – Ryszard Kałużyński, drugi od lewej w górnym rzędzie

Ryszard Kałużyński pozostaje jedynym piłkarzem Piasta, który w finale Pucharu Polski wpisał się na listę strzelców.  Za pierwszym razem  gliwiczanie ulegli bowiem Zagłębiu Sosnowiec 0:2. W tym drugim pojedynku – z Lechią 1:2. – Droga do pierwszego finału była zdecydowanie trudniejsza.

– Z meczami pucharowymi zresztą wiążą się moje najmilsze wspomnienia z kariery. Wygrywaliśmy z pierwszoligowcami. Pamiętam jak 30 tys. ludzi na stadionie XX-lecia cieszyło się, gdy rozgromiliśmy Lecha Poznań 3:1 – wspomina.

Nie tylko jednak o awans Piast walczył w tamtym okresie. Zdarzyło się tez grać  o utrzymać.

– Był taki mecz z Motorem Lublin. Musieliśmy go wygrać, aby nie spaść. Daliśmy z siebie wszystko. Było ogromne zaangażowanie, walka i chęć odniesienia zwycięstwa do końca, ajk to się dziś mówi – gryźliśmy trawę .

Ryszard Kałużyński zaczął swoja przygodę Piaście i w tym klubie ją zakończył. Dlaczego nie odszedł, choć był jednym z najlepszych stoperów w Polsce?

– Propozycje pojawiały się praktycznie w każdym sezonie. Chyba jedynym klubem, który nie proponował mi kontraktu, był Górnika Zabrze – uśmiecha się „Jacek” – Większość zawodników była z Gliwic, byliśmy wszyscy bardzo przywiązani do Piasta. Ja czułem się tu dobrze, nigdy nie myślałem o tym aby zmienić klub – wyjaśnia powody pozostanie.

Współcześnie na stadionie można spotkać kilka grup kibiców. Są tacy, co śpiewają, dopingują, są ci spokojniejsi, sektory dzielą się na ultrasy, pikniki, vIpowskie, rodzinne., a jak to było w latach 70-tych?

– Trudno to porównywać do dzisiejszych czasów. To był jednak wielki piknik Już na długo przed meczem przychodziło się na mecze, potem się zostawało i bawiło często do późnych godzin. Kibiców przychodziło zresztą zdecydowanie więcej. Na Okrzei, jak graliśmy z Motorem Lublin o utrzymanie, było chyba z 10 tysięcy. Kibicowano też inaczej, nie było to tak w zorganizowany sposób. Było spokojniej, owacje przy strzeleniu bramki, kibice wbiegali na murawę, aby dać nam kwiaty, takie to były czasy – wzdycha Ryszard Kałużyński.

Fani Ryszarda Kałużyńskiego, czyli kibice Piasta

Skąd się wziął boiskowy pseudonim „Jacek”?

– Jak pojechałem na pierwszy mój obóz z I zespołem do Bułgarii do Złotych Piasków. Miałem 18 lat, tam mnie właśnie tak ochrzczono i tak już zostało  – śmieje się jeden z najlepszych stoperów w historii Piasta.

Ostatni raz w barwach Piasta Kałużyński wystąpił w zremisowanym meczu ze Ślężą Wrocław. Było to 21 czerwca 1987 r. na stadionie przy ul. Okrzei. Komplet, 8 tys. widzów, zgotował mu owację na stojąco.

– Były kwiaty, brawa kibiców, pożegnanie i łzy.  To były piękne chwile, które spędziłem na tych dwóch stadionach XX-lecia i Okrzei. Jestem dumny, że do końca byłem wierny niebiesko-czerwonym barwom – podkreśla na koniec Ryszard Kałużyński, żywa legenda Piasta Gliwice.

W 1995 roku Ryszard Kałużyński został wiceprezesem d.s. piłki nożnej,. Był współarchitektem reaktywowanej drużyny seniorów. Jego marzeniem wówczas było, a by Piast powrócił do II ligi, potem była Ekstraklasa i tytuł Mistrza Polski. Niewątpliwie w jego żyłach płynie niebiesko-czerwona krew.

Ryszard Kałużyński – wieloletni kapitan Piasta

Ostatni mecz i pożegnanie „Jacka”

40 lat na Okrzei – zawsze wierny niebiesko-czerwonym barwom

Dziś pozostały wspomnienia

Opracowanie: piast.gliiwce.pl
Wywiad archiwalny z roku 2015