W ostatni weekend września w stolicy Portugalii – Lizbonie odbyły się pierwsze w historii mistrzostwa świata w piłce sześcioosobowej.

W turnieju wzięły udział 32 reprezentacje narodowe. Największą niespodziankę sprawili Polacy, którzy wywalczyli srebrne medale. Biało-Czerwonych do tytułu wicemistrza świata poprowadził szkoleniowiec futsalowej drużyny Piasta – Klaudiusz Hirsch, a jednym z zawodników, który na boisku grał z Orłem na piersi był Marcin Grzywa – także futsalista Piasta.  Zaraz po turnieju Marcin napisał na swoim profilu, że jest zły, choć na szyi zawiesił srebrny medal – dlaczego?

– Dopiero kiedy emocje opadły to  dotarło do mnie, że wicemistrzostwo świata to bardzo duże osiągnięcie i spełnienie moich sportowych marzeń. Inaczej jednak jest, gdy przegrywa się mecz 0:5. Wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, że był słabszy. Natomiast gdy prowadzi się grę, stwarza  sytuacje, czuje się lepszym, a przegrywa się tytuł tak naprawdę po jednym błędzie, to mocno boli. Niemcy zresztą docenili to i kiedy szliśmy odebrać srebrne medale, oni jak mistrzowie świata ustawili nam szpaler pokazując w ten sposób,  że byliśmy zespołem piłkarsko lepszym – dzieli się wrażeniami z finału Grzywa.

Droga do tego srebrnego  medalu nie była łatwa. Mecze były rozgrywane praktycznie codziennie, przy stosunkowo wysokiej temperaturze. Na trybunach zasiadał zazwyczaj komplet widzów,  nie brakowało też fanów z Polski. Była więc presja i walka z własnymi słabościami.

– W grupie poszło gładko, ale potem trafiliśmy na bardzo mocne zespoły. Najpierw zmierzyliśmy się z Chorwacja.  Potem przyszło nam rywalizować z faworyzowanymi Anglikami. Zagraliśmy z nimi swój najlepszy mecz w turnieju. Nie pozwoliliśmy Anglikom stworzyć nawet jednej, klarownej sytuacji, a sami strzeliliśmy trzy gole.  W półfinale trafiliśmy na Portugalię, a wiadomo jak się gra przeciwko gospodarzom. Pełne trybuny żywiołowo reagujących kibiców, sędziowie też  patrzą  bardziej przychylnie. Okazaliśmy się jednak lepsi  i w moim przekonaniu zasłużenie  zagraliśmy w finale – opowiada jak wyglądała droga do medalu rozgrywający Piasta. .

W kadrze znalazła się cała grupa zawodników, którzy na co dzień grają w futsal, albo mieli z tą dyscypliną kontakt. Jednym z bohaterów reprezentacji był Ariel Mnochy, który w poprzednim sezonie bronił barw Piasta, ale wybrał duże boisko.

– Dużo jest zbieżności z pracą i metodyką z futsalem. Obie gry są zbliżone. Widać to również po tym, jak inne kadry powołują futsalowców. Generalnie piłkarze halowi mają łatwiej, zwłaszcza ci doświadczeni. Wielu od razu po przyjściu na małe boisko się wyróżniało. Bo inne jest postrzeganie tego, co się dzieje na boisku przez futsalowca, a inne przez piłkarza trawiastego. Na hali trzeba być cały czas aktywnym, pod grą, non stop analizować sytuacje. Na małym boisku jest podobnie, więc te doświadczenie pomaga – tłumaczy trener srebrnej drużyny Klaudiusz Hirsch w rozmowie z futsalekstraklasa.pl

Zarówno Polska reprezentacja narodowa w piłce trawiastej jak i futsalowej nigdy nie zagrała w finale mistrzostw świata. Czy po tym sukcesie znajdą się pieniądze, aby „Socca” weszła na inny poziom?

– Zawsze mówiło się, że dyscyplinie tej jest potrzebny sukces sportowy, bo zainteresowanie jest duże. Sukces jest. Wierzę  w więc w to, że szóstki będą dalej się rozwijać i z każdym rokiem będzie lepiej. Mam nadzieję też, że  pojawią się pieniążki na rozwój tej dyscypliny, bo bez tego trudno będzie ten wynik powtórzyć – przekonuje Marcin Grzywa.

Dodajmy, że Polacy wcześniej regularnie brali udział w mistrzostwach Europy tej odmiany piłki, gdzie zazwyczaj docierali do ćwierćfinałów. Teraz na Euro Cup pojadą już pewnie w roli jednego z faworytów. Miejmy nadzieję, że nie zabraknie też piastowskich akcentów na tym turnieju.

Zobaczcie też video o dwóch braciach

opracowanie: piast.gliwice.pl/futsal